Orientacja z nieco wyższej półki


X DŁUGODYSTANSOWY RAJD na ORIENTACJĘ - DYMnO 2008

Pułtusk - Puszcza Biała, 14 czerwca 2008 r.


relacje z innych imprez


powrót

zdjęcia - oficjalny fotoreporter DyMna Piotr S. silne studio


Dymno - na start w tej imprezie Andrzej Piwakowski namawia mnie już od ponad roku. Rozmawiając z uczestnikami poprzednich edycji z jednej strony słyszę zachwyty i namowy do startu z drugiej ostrzeżenia przed sprytnie ukrytymi i trudnymi do odnalezienia punktami kontrolnymi. Po starcie w pruszkowskim Waypointrace mam dość asfaltowych dróg i punktów umieszczonych w miejscach jak najbardziej oczywistych. Czuję potrzebę odmiany i kontaktu z dziką przyrodą, z wszelkimi tej decyzji konsekwencjami - jadę.

Dystans 100 km do pokonania w ciągu 10 godzin w każdym chyba wzbudza skrywany uśmiech. Na ubiegłorocznym podłódzkim Bikeoriencie Organizatorzy nie musieli tak długo czekać nawet na staruszków, panów z dużym mięśniem piwnym i matki z dzieckiem. Tylko, że to nie są cywilizowane okolice Zalewu Sulejowskiego. Ironiczny uśmiech z mojej twarzy zniknie, gdy po pokonaniu znacznej części etapu pierwszego imprezy spojrzę na zegarek.


Etap I (50 km - 12 PK)

Zbieramy się na miejscu startu przed ratuszem najdłuższego (podobno) polskiego rynku. Godzina zero (na zegarkach 9:00) szybkie rozdanie map do etapu pierwszego i jednocześnie sygnał do startu. Każdy otrzymuje dwie mapy - ogólną o skali 1:50:000 oraz drugą pokazująca szczegółowo otoczenia każdego poszukiwanego punktu kontrolnego (skala 1:10.000 lub 1:25.000). Pakuję główną mapę do mapnika i bez patrzenia na szczegóły ruszam wielokrotnie sprawdzoną metodą "na doczepkę" za tymi, którzy już wiedzą (nie wiem skąd) gdzie znajduje się pierwszy na trasie punkt kontrolny. Na drugą, tą dziką stronę rzeki Narwi (Puszcza Biała) przedostajemy się długą na 240 metrów kładką dla pieszych. Można to zrobić na dwa sposoby - pieszo lub dużo prościej jadąc rowerem. Drugiego sposobu chyba nikt nie wybiera - ten sposób "kosztuje" 15 karnych minut.

Tempo dość imponujące jak na 100 km trasę. Wszyscy - jak na razie - gdzieś bardzo się śpieszą. Jedna, druga, trzecia osiedlowa uliczka. Pudło, nie tędy droga, zawracamy. Jedziemy jakąś leśną ścieżką, później "na krechę" przez las. Wspinamy się na jedno ze wzniesień. Punkt odnajdujemy na sąsiednim mniejszym wzniesieniu. PK1 (9:10 - 1 km).

Teraz czeka nas 3-punktowy scorelauf - dowolna kolejność zaliczania punktów A, B, C. Wybieram najkrótszą w linii prostej kolejność B, C, A, czy jest to również najbardziej optymalny wariant, ze względu na istniejące drogi oraz orientacyjnie musieliby się wypowiedzieć Organizatorzy.

Początkowy tłum przerzedza się. Ruszam za dwoma bikerami jadącymi w wybranym przeze mnie kierunku. Powoli przyzwyczajam do umieszczonej w mapniku przed nosem mapie i odnajduję swoje aktualne miejsce w terenie. Kiedy po pierwszym nieudanym ataku na punkt C moi "przewodnicy" kontynuują jazdę w absurdalnym kierunku, zatrzymuję się na chwilę, pochylam nad mapą i po chwili skręcam w przecinkę przy której umieszczony jest lampion oznaczający położenie PK C (9:37 - 3,9 km).

Kolejny punkt B znajduje się dokładnie na wschód. Na początek prosta leśna droga. Zatrzymuję się na napotkanym asfalcie studiując mapę i obmyślając rozsądny dojazd do punktu. Widoczne na szczegółowej mapie drogi są dziwnie pokręcone i nie wzbudzają szacunku - czy istnieją w realu?. Bez przekonania ulegam sugestiom grupy przypadkowych bikerów, którzy zatrzymali się tuż obok mnie. Już po kilkuset metrach mam wrażenie, że drogi pokazane na mapie zupełnie nie pokrywają się z tymi w terenie. Przed zawróceniem powstrzymują mnie jedynie ślady kół odciśnięte na zarastającej, ledwie przejezdnej drodze (jeżeli oni się tędy przedostali to dlaczego nie ja?). Nawet ta droga się niepostrzeżenie kończy, pozostają już tylko ślady odciśnięte na trawie. Przedzieram się przez dziewiczy las/krzaki, jak to bywa na obszarach podmokłych teren poryty głębokimi bruzdami. Z gałęzi strącam resztki nocnej ulewy. Podążający za mną zawodnicy pozostali z tyłu i dawno z tego ekstremalnego wariantu pokonania trasy zrezygnowali.

Nawet najgorszy las kiedyś musi się kończyć. Wychodzę na łąkę, by po przeciwnej stronie strumienia na skraju lasu zobaczyć tych, którzy byli tu przede mną i niejako wpuścili mnie w to "bagno". Wyjątkowo nieskutecznie pokonuję niewielki strumyk. Jedna noga zamiast na przeciwnym brzegu ląduje na moment w zamaskowanej wysoką trawą wodzie. Nie jedyny raz tego dnia. Dołączam do dwójki poszukującej w dalszym ciągu punktu B. Jednym z nich jest Jankes - orientalista z Gdańska. Po kolejnych wspólnych poszukiwaniach dość przypadkowo (przynajmniej mnie się tak wydawało) odnajdujemy PK B (10:04 - 11,5 km).

W pobliże ostatniego punktu A doprowadza nas dobra asfaltowa droga. Atakujemy go niezależnie z dwóch przeciwnych stron lasu by spotkać się tuż przy lampionie ukrytym w zagłębieniu po wschodniej stronie drogi. W drodze na punkt spotykam dużą grupkę tych którzy punkt A zaliczyli przed chwilą. Wśród nich Roberta i Marcina znajomych z Warszawy. PK A (10:28, 16,6 km).

Wracamy na asfalt i ruszamy skrajem lasu widoczną na mapie drogą. Nie wiem czy droga jest tylko wirtualna czy niepostrzeżenie ją gubię. Brak drogi nie zraża mnie. Jadę dalej w obranym wcześniej kierunku w poprzek "luźnego" czystego lasu. Jeżeli są, wykorzystuję jakieś ścieżki i dróżki. Po kilkuset metrach takiej jazdy odnajduję widoczną na mapie leśną drogę. Pojawiają się też ślady kół. Odnalezienie niewielkiego oczka wodnego przy leśnej przecince nie nastręcza trudności. Pozostaje tylko, zostawiając rower przy drodze, odszukać lampion i perforator wśród krzaków na jego południowym brzegu. PK5 (10:50 - 21,3 km).

Kontynuuję jazdę do położonego dalej na wschód PK6. Kończy się dobra użytkowana droga - tędy już nikt nie jeździ, Trawa, koleiny, gałęzie. Po wyjeździe z lasu wcale nie jest lepiej - piaszczysta droga między polami. Nocny deszcz nieco utwardził sypki piach, jednak niektóre odcinki muszę pokonywać pchając rower. Trochę zdezorientowany wyjeżdżam na skrzyżowaniu polnych dróg we wsi Lutobrok-Folwark. Jadę kilkaset metrów na północ, wracam na południe i odzyskuję utracone na chwilę poczucie orientacji. Mijam Placusin i pobliskim lesie bez dodatkowych problemów - jak po nitce - trafiam na PK6 (11:16 - 28,4 km).

Teraz czeka mnie coś co znam dotychczas tylko z opowiadań Linia Obowiązkowego Przejazdu czyli tzw. LOP-ka. Wiem, że wyznaczoną linią na mapie trasę muszę przejechać wyjątkowo dokładnie (jeżeli chcę to zrobić tylko raz) - poszukiwane punkty kontrolne mogą być wszędzie i w najmniej oczekiwanym miejscu. Jadę wolno, mocno skoncentrowany, jednocześnie kontroluję mapę, obserwuję nierówną nawierzchnię pod kołami i rozglądam się na boki w poszukiwaniu lampionu. Miejsca dość wredne: krzyżujące się leśne drogi, obok pozarastanych przecinek i dróg rozjeżdżonych tylko przy okazji wycinki drzew. Uff! Nie było tak źle. Wyznaczoną trasę udaje się pokonać bez problemu i odnaleźć lampiony umieszczone tuż przy trasie przejazdu. OSA (brak danych), OSB (11:42 - 33,5 km).

Jadę na północ, starając się ustalić moje miejsce na mapie. Z przodu migają 3 koszulki. Wkrótce dochodzę do jadącego w żółtej koszulce Andrzeja Piwakowskiego. Trochę zaskakuje mnie widok, mojego - jadącego zwykle dużo wolniej - kolegi. Sprawa wyjaśnia się, gdy dowiaduję się, że wcześniej nie zaliczył już kilku punktów. Przyśpieszam, wyjeżdżam na skraj lasu. Jadę po nigdy nie koszonej trawie i wzdłuż płotu wydostaję się na utwardzoną drogę. Co widzę przed sobą? Gdzieś daleko z przodu miga mi charakterystyczna koszulka Andrzeja.

Gdzieś w głowie kołacze się retoryczne chyba pytanie orientacyjnego średniaka - Jak lepiej - szybko czy dokładnie? Aby walczyć z najlepszymi trzeba twierdząco odpowiedzieć na oba człony tego pytania. Wieczorem chodzą plotki, że jeden z czołowych zawodników TR poszukiwał pewnego punktu kontrolnego AŻ 7 MINUT ale to chyba trzeba włożyć między bajki - oni przecież jeżdżą bezbłędnie. Poszukiwania nieciekawie wyglądającego na mapie PK9 za pierwszym podejściem kończy się sukcesem. PK9 (12:08 - 29,2 km).

Dużo gorzej jest z opuszczeniem punktu. Perforuję kartę startową i biegiem ruszam do roweru, który zostawiłem na łące. Po chwili czuję, że coś chwyta mnie za czubek buta. Próba pozbycia się przeszkody nie udaje się i w pełnej szybkości lecę do przodu prosto "na twarz". Wszystko dzieje się tak szybko, że ręce pozostają gdzieś z boku. Leżąc z twarzą wtuloną w trawie porastającej łąkę, zdziwiony nagłą zmianą pozycji przez chwilę zastanawiam się co się stało. Pozostając w lekkim szoku próbuję oszacować straty. Odrzucam złamany daszek od kasku. Zdejmuję okulary w którym całe pozostaje jedynie jedno ze szkiełek. Na szybko nie potrafię oszacować w jakim stanie pozostaje mój nos. Ocieram dłonią niewielką ilość krwi.

Sądząc po reakcji Andrzeja który w międzyczasie dojeżdża na punkt, nie jest tak źle. Nie sięga na mój widok po telefon by dzwonić po pogotowie, nie rzuca mi się na ratunek. Właściwie nie zwraca na mnie większej uwagi poza sugestią, że przydałaby mi się chusteczka do otarcia krwi. Całe zdarzenie kończy się jedynie zdarciem przez przesuwające się po nosie okulary niewielkiego płatu naskórka. Nigdy bym nie przypuszczał, że kask może chronić przed mniejszymi czy większymi obrażeniami by nie powiedzieć "utratą życia" również biegaczy/piechurów.

Wtedy nie wiem jeszcze, że moje obrażenie jest tyle groźne co i śmieszne ale nie zamierzam się nad tym zastanawiać teraz ani chwili dłużej. Do zaliczenia pozostaje jeszcze znaczna część trasy. Przy dokładnym czytaniu mapy okulary będę zastępował lupą, którą tak na wszelki wypadek wrzuciłem do tylnej kieszonki spodni.

Kolej na punkt 10. Budowniczy trasy zmusza mnie do myślenia i wyboru. Czy wybrać dobrze widoczne drogi po północnej stronie niewielkiego strumienia i później martwić się o przeprawę na przeciwległy brzeg - przy kt orym umieszczony jest punkt? Czy wybrać jakieś takie wątpliwe i średnio widoczne na szczegółowej mapie dróżki po właściwej stronie rzeki? Może ten problem to tylko wymysł mojej wyobraźni, może trudności związane z pokonaniem zaznaczonej cieniutką linią rzeczki to jedynie moją nadinterpretacja widocznej mapy?

Wybieram pewny północny wariant dojazdu. Asfalt, utwardzona droga przez wieś, wreszcie miejscami piaszczysta droga przez las. Trochę zbyt wcześnie zjeżdżam na łąki na rzeką. Spotykam tu dwójkę bikerów - jeden w charakterystycznej czarno-czerwonej koszulce jednej z (pod)warszawskich grup rowerowych. Razem przedzieramy się przez zarastającą łąki roślinność. Wreszcie na własne oczy mogę zobaczyć "strumyczek" przecinający łąki - głęboki i szeroki 2 metrowy rów wypełniony wodą i mięciutkim błotkiem o nieznanej miąższości. Czas przedzierania się przez trzcinowisko umilamy sobie rozważaniami, kto z trzema kartami startowymi przedostanie się na drugi brzeg.

Najpierw jednak trzeba znaleźć miejsce, w którym ten punkt się znajduje. Wreszcie jest - widoczny z daleka (to wyjątek na trasie Dymna) - czerwony lampion oznaczający PK10. Oczami wyobraźni widzę jednego z nas utytłanego po pachy w błocie. Nic bardziej błędnego, gdy podchodzimy w pobliże punktu 20 metrów dalej widzimy powalone drzewo. Konary powalonego drzewa stanowią zarówno podporę dla nóg jak i barierkę dla rąk (nic z ekwilibrystyki), w dole widać niewielką stróżkę wody płynącą ponad zwałami błota. Po dotychczasowych trudnościach z zaliczaniem PK jestem maksymalnie negatywnie zaskoczony i jednocześnie rozczarowany. Oj Panie Leszku (budowniczy trasy), ta kładka kładzie się cieniem na charakterze imprezy. W tym przypadku jedyną alternatywą dla tych, którzy wybrali wygodne drogi powinien być 2 km objazd do mostu lub przeprawa wpław. Po kilkugodzinnym katowaniu nóg (i rąk) wszechobecnymi pokrzywami błotna kąpiel miałaby wręcz zbawienne, lecznicze działanie. A jakie piękne zdjęcia można by zrobić uczestnikom po pokonaniu tego błotka. PK10 (12:30 - 44,3 km).

Wracam tak gdzie pozostał mój rower, jadę do asfaltowej drogi, skręcam na nadrzeczny wał. Jadąc nim bez problemu dotrę do rozwidlenia przy którym umieszczony jest PK. Tak byłoby wszędzie ale nie na Dymnie. Po kilkudziesięciu metrach wałem nie da się już jechać czy w ogóle przemieszczać. Zjeżdżam na łąkę. Niestety skręcając z asfaltu nie spojrzałem na licznik i nie mogę dokładnie namierzyć przypuszczalnego położenia punktu. Pozostaje metoda prób i błędów. Uważnie obserwuję ślady kół odciśnięte na trawie i gdy tylko można sprawdzam wał. Jedna z prób kończy się sukcesem. PK11 (12:51, 47,5 km).

Przez łąki i pola wydostaję się do asfaltowej drogi. Docieram do skrzyżowania z inną drogą. Przez chwile muszę zastanowić nad swoim położeniem. Nie tu chciałem przecież wyjechać. Mija mnie gość w takim jakmś dziwnym kasku, teraz wiem to zwycięzca kategorii M-50 Stanisław Kruczek. Spotkałem go już, gdy opuszczałem dwa poprzednie punkty. Wracam na północ do wsi Zambski Kościelne. Stąd wzdłuż brzegu Narwi muszę dotrzeć do odległego PK12. Na przemian jadę za Staszkiem lub go wyprzedzam. Opuszczamy wieś wypadamy na szeroki pas porośniętych marną trawą nadnarwiańskich piasków. Jedziemy dość przypadkowo wyjeżdżonymi drogami, byle ogólny kierunek się zgadzam. Powoli przestaję kontrolować swoje dokładne miejsce na mapie. Na efekty nie trzeba długo czekać. Dojeżdżam do poprzecznej dobrej drogi w lesie, który zaczął się jakiś czas temu. Skręcam w prawo i po pewnym czasie ponownie w prawo - gdzieś tu powinno znajdować się jeziorko i ambona.

Droga którą próbowałem jechać powoli zanika, przedzieram się przez coraz bardziej nieprzystępny las. Wreszcie docieram nad brzeg płynącej w tym miejscu z południa na północ Narwi. Staram się realnie ocenić moje położenie. Plus to fakt, że wiem na którym odcinku rzeki jestem. Minus - nie wiem jak głęboko "wbiłem się" w zakole rzeki. Tak naprawdę nie wiem nawet w którym kierunku - północ czy południe - znajduje się poszukiwane jeziorko. Teoretyczne rozważania nic tu nie pomogą. Wzdłuż brzegu ruszam na południe. O jeździe nie ma co marzyć. Dziewiczy porośnięty lasem brzeg. Być może nawet ktoś tędy od czasu do czasu pieszo przechodzi ale rowerem? - chociaż nie ma gęstych krzaków jechać się nie da - góry, doły, leżące gałęzie. Prowadzę rower marząc by ten koszmar jak najszybciej się skończył.

Z prawej strony miga mi jakiś rów wypełniony wodą - starorzecze? Niby miało być jeziorko ale ruszam lasem wzdłuż wąskiego pasa wody. Wreszcie jest lekko zarośnięta droga po której mogę jednak jechać. Wkrótce na brzegu rowu pojawia się też myśliwska ambona. Nie wierzę w to co widzę ale lampion rozwiewa moje obawy. PK12 (13:44 - 59,8 km). Opuszczając punkt widzę jak niewiele brakowało by zaliczyć go o pół godziny wcześniej.

Szczęście chyba opuściło mnie na dłużej. Jadę dalej na wschód, mijam Szygówek, przedostaję się przez łąki różnymi przypadkowymi drogami nad Narwię. Wypatruję strumienia nad którym powinien znajdować się punkt kontrolny. Gdy pojawiają się kolejne zabudowania już wiem, że jestem za daleko. Powoli kończy się 5 godzina jazdy, czyli orientacyjny czas w którym wypadałoby już zakończyć pierwszy etap. To pomaga podjąć decyzję - odpuszczam zaliczanie PK13. Bez przekonania podchodzę też do kolejnego punktu. Wyjeżdżam z Ponikiewa na wschód. Droga kończy się na łąkach. Same chęci nie wystarczą, zrezygnowany zawracam nie zbliżywszy się nawet do PK14. Wyjeżdżam na asfaltowe drogi. Pomimo niepokojącego niedoczasu głupotą byłoby pominięcie także ostatniego punktu. Znajduję się przecież zaledwie o kilkaset metrów od drogi. PK15 (14:31 - 72,6 km). Jeszcze moment i melduję się na przepaku, miejscu gdzie dostanę kolejną mapę i kolejne punkty do zaliczenia.


dystans 73,7, czas trasy 5:38, czas jazdy 4:34, średnia 16,0 km/godz., niezaliczone 2PK


Etap II (20 km, 10 PK)

Szybkie uzupełnienie zapasów wody. W ręku nowa mapa. Z trudnością próbuję przestawić się na nową skalę. Nigdy z mapy 1:20.0000 nie korzystałem. Nie czuję odległości, nie mam koncepcji w jaki sposób zaliczyć całość trasy - to przecież scorelauf. Na początek wykonuję jakieś kółko po asfaltowych drogach. Wreszcie udaje mi się wbić w odpowiednią przecinkę i odnaleźć punkt P (droga na grzbiecie na płd od skrzyżowania). W miarę sprawnie docieram do punktu K (granica kultur). Tu nie zatrzymuję się nawet na chwilę. Po raz pierwszy spotykam komary o których dużo opowiadali Organizatorzy przed startem.

Wyjeżdżam na asfaltową drogę i jako kolejny cel wyznaczam zdobycie położonego nieopodal drogi punktu C. Lekki niepokój wzbudza dzielący mnie od punktu pas zakreskowany na niebiesko. Woda? Bagna? Podmokłe łąki? Skoro w poprzek narysowana jest przerywana linia to chyba można się tamtędy przedostać. Zjeżdżam z drogi. Zaczyna się coraz gęstszy las. Widok gęstego lasu powoduje, że nadchodzi olśnienie, wreszcie dociera do mnie co dziwnego poza skalą jest w tej mapie. Przede sobą mam mapę do typowych imprez na orientację.

Przypomina mi się krótki 3 minutowy kurs jaki przeprowadził mi rano Andrzej. Opowiadał o kolorach jakimi zaznacza się na takich mapach las o różnej przebieżności. Niewiele z tego zapamiętałem ale sądząc po tym co spotkałem na swojej drodze - kolor niebieski musi oznaczać tereny leśne niemożliwe do przejścia. Ja przez te gęste krzaczory próbuję przedostać się razem z rowerem. Rozgarniam krzaki, szukam jakiejś luki w zwartych szeregach cienkich - na szczęście - konarów. Koncentrując się na tym co przede mną wdeptuję w jakiś zamaskowany trawą dół wypełniony wodą. Wreszcie gęstwina rzednie, wypadam na jakąś ścieżynkę. Z przeciwnej strony nadjeżdża inny uczestnik imprezy. Szczęście w nieszczęściu - na punkt C (polanka przy zarośniętej ścieżce) trafiam bezbłędnie. Problemem staje się powrót na właściwą stronę pasa krzaczorów. Robię to jakąś okrężną drogą.

Napięcie opada, wiem że jazda z mapą orientacyjną przerasta moje aktualne możliwości. Jadę lajtowo i bez stresu, próbując wyłuskać jeszcze chociaż kilka punktów. Zaliczam, chociaż zupełnie tego teraz nie pamiętam punkt G (skrzyżowanie dróg). Próbuję namierzyć w terenie punkt D - bezskutecznie. Punkt E - dołek na górce na jednej z licznych przecinek wydaje się być dla mnie nieosiągalny. Wracam do asfaltu i w drodze powrotnej odwiedzam punkt L (stara ambona).

Odpuszczam sobie dalsze poszukiwania. Ten etap wyraźnie mi "nie leży" i nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Lepiej więcej czasu pozostawić na ostatnie 30 km i bez stresu powodowanego niedoczasem zaliczyć w całości czekający mnie etap III. 5 z 10 zaliczonych przy pomocy widzianej po raz pierwszy mapy orienalistycznej i tak traktuję jako sukces.


dystans 93,2, godz. 16:08, czas 7:08, czas jazdy 5:45, średnia 16,0 km/godz.


III etap (30 km, 8 PK)

Powrót na przepak. Kilkuminutowa przerwa. U Bartka (organizatora) upewniam się jakie są skutki przekroczenia limitu czasu i przyjazdu na metę po godz. 19:00 - bezwzględna dyskwalifikacja. No cóż lepiej pominąć nawet kilka punktów i zaliczyć kolejne godziny kary. Na razie nie muszę o tym myśleć, jest kilkanaście minut po godz. 16 więc chyba nie będzie problemu. Niemal 3 godziny na pokonanie 30 km zapewnia dostateczny komfort czasowy.

Nieco martwi kolejna zmiana skali mapy. Tym razem 1:30,000. Niby to proste 1 mm to 30 metrów, 1 cm - 300 metrów, na odwrót nieco gorzej 1 km - ok. 3,3 cm. Wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy przeliczenia trzeba robić jadąc z pełną szybkością wyboistymi leśnymi drogami. Pomocna w takich przypadkach linijka wcześniej gdzieś ginie wypadając z tylnej kieszeni spodni.

Jazda po najkrótszej linii łączącej miejsce w którym jestem z PK1 w poprzek istniejących dróg i przecinek niemożliwa. Wybieram wariant jazdy asfaltową drogą na zachód. Za leśniczówką Popławy skręcam w przecinkę prowadzącą na południe, następnie jadę leśną drogą na wschód. Docieram do skrzyżowania leśnej drogi ze strumykiem (o tej porze to tylko suchy rów). Idąc wzdłuż rowu powinienem dotrzeć do poszukiwanego krzaka i PK1. Najkrótszy wariant nie znaczy najlepszy. Teren zarastają potężne krzaki, wzdłuż tego strumienia nie da się przejść. Skutecznie ponawiam atak od drugiej strony. Dojeżdżam do rowu jakąś nie zaznaczoną na mapie dróżką. Przeskakuję na drugą jego stronę, mam szczęście stąd widać już lampion zawieszony na krzaku. PK1 (16:50 - 101,0 km).

Dotarcie do kolejnego "groźnie" wyglądającego PK2 nie nastręcza żadnych trudności. Dokładnie kontroluję pokonywaną trasę, skręcam w odpowiednią przecinkę i docieram nad oczko wodne w środku lasu. Odnalezienie drzewa z lampionem zajmuje tylko chwilę. PK2 (17:12 - 105,5 km).

Sprawny dojazd w okolice PK3. Problemy zaczynają się po minięciu ostatniej dużej przecinki oddzielającej kwartały lasu. Dokładnie kontroluję przebyty dystans, wbijam się w jedną z licznych w tym miejscu przecinek. Zawracam. Sprawdzam kolejną i kolejną. Niepostrzeżenie mijają minuty pozwalające bezstresowo (do tej pory) myśleć o zaliczeniu wszystkich dzielących mnie od mety punktów. Wracam kilkaset metrów do ostatniego dającego się na 100% zidentyfikować miejsca. Próbuję jeszcze raz. Skręcam w jedną z przecinek, identyfikuję swoje miejsce na mapie i na poszukiwane miejsce docieram tak jakby od tyłu. Z przeciwnej strony nadjeżdża Paweł Brudło, który zaliczył wszystkie dotychczasowe punkty. Teraz wiem już jak wygląda "zagłębienie obok drogi". PK3 (brak danych). Wiem, że tę przecinkę już wcześniej odwiedziłem tylko albo nie zapuszczałem się tak daleko albo zbyt dosłownie interpretowałem opis punktu "obok drogi" - 20 (czy nawet 100) metrów w bok to też przecież "obok".

Od Pawła dowiaduję się o zmianie limitu czasu. Nie mogę w ten fakt uwierzyć. Później fakt ten potwierdzi Jurek Ścibisz. Wydawałoby się doświadczeni Organizatorzy, wydawałoby się doskonała impreza z dużymi tradycjami a tu nie mieszcząca się w granicach rozsądku zmiana reguł imprezy podczas jej trwania. Czyżby Organizatorzy błąd w ocenie trudności trasy chcieli przerzucić na pokonujących ją zawodników? No i dlaczego o tych zmianach dowiaduję się od przypadkowych bikerów a nie od Organizatorów?

W dwójkę pokonujemy dystans dzielący nas od PK4. Mając obok siebie tak doskonałego orientalistę czuję się bezpiecznie i ze spokojem zapadam w błogie lenistwo orientacyjne. Patrząc na mapę mogę jedynie przypuszczać, że przez las pojechaliśmy przecinką prosto na wschód, asfaltową drogą przez Łęcino i polną w pobliże punktu. Tu zastajemy Jurka, który po dłuższych poszukiwaniach zalicza punkt 4. My mamy już dużo łatwiej, wiemy gdzie punkt sie znajduje. PK4 (b.d.).

Mistrz zawraca by na PK5 dotrzeć polnymi drogami. My jedziemy bezpiecznie do wału przeciwpowodziowego by dłuższą ale lepszą drogą trafić w to samo miejsce. Przy polnej drodze widzimy porzucony bezpańsko rower. Na nawoływania nikt nie odpowiada. Zagłębiam się w obszernej kępie drzew by namierzyć zagłębienie terenu z odrobiną wody, nazwane trochę na wyrost "oczkiem wodnym". Na jednym z drzew czerwony lampion, przy którym odnajduje się też Paweł - właściciel porzuconego roweru. PK5 (b.d.).

Ruszam w pościg za startującym chwile przed nami Pawłem. Równa asfaltowa droga przez Borsuki Kolonia, Jurek wychodzi na zmiany, więc do punktu dojeżdżamy już razem. PK6 (b.d.)

Gospodarz pracujący traktorem na pobliskim polu oferuje pomoc. Tłumaczy dokładnie jak najlepiej dojechać do wałów nad Narwią. Korzystam z tej rady, Jurek z Pawłem wybierają krótszy wariant łąkami. Nie żałuję decyzji. Jadę piękną trasą przecinając w poprzek wysokie łany żyta. Drogę stanowią dwa pasy "wydeptane" przez ciągnik, gdy zboże było jeszcze niskie. Przy przepompowni wskakuję na dobrą drogę wzdłuż wałów, przy kolejnej przepompowni spotykam Jurka. Paweł pognał już do przodu. Razem zaliczamy kolejny PK7 (18:50 - 126,8 km) i PK8 (19:02 - 128,7 km).

W związku z przesuniętym limitem czasu nie musimy się śpieszyć i na mecie meldujemy kwadrans po godzinie 19, po przejechaniu 132 km i zaliczeniu 26 z 33 punktów. Pozwala to na zajęcie 12 miejsca (2 miejsca w kategorii M-50).

W duszy pozostaje pewien niedosyt czyli blisko 2 godziny, które pozostały do upływu na nowo ustalonego limitu czasu. Te dwie godziny pozwoliłyby - być może - na zaliczenie większości z punktów na które w starym limicie nie starczyło czasu. Dla jasności trzeba jednak dodać, że zaliczenie dodatkowych punktów nie zmieniłoby zasadniczo dotychczasowej klasyfikacji (na piękny puchar w kategorii wiekowej nie miałem jakichkolwiek szans). Gratulacje dla zwycięzcy. Gratulacje dla najlepszych, którzy pokonali trasę w pierwotnie ustalonym limicie. Na Dymno wrócę za rok i wtedy powinno być już tylko lepiej.


Statystyka - podane dane dla całej trasy (w nawiasie I, II i III etap):

dystans:132,3 km (73,9, 19,3 39,1
czas trasy: 10:15 (5:38. 1:30, 3:07)
niezaliczone punkty: 7 (2, 5, 0)
kara czasowa: 7 godzin (2, 5, 0)
czas jazdy: 8:08 (4:34, 1:11, 2:23)
prędkość średnia: 16,2 km/godz.
prędkość max: 37,5 km/godz.
miejsce open - 12
miejsce w kat. M-50 - 2

wyniki i mapy DyMna


Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 130
e-mail: wiki@bg.umed.lodz.pl

powrót