.

Rajd IT Orient 2017


Pęczniew, 29 lipca 2017 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót

fot. organizator


Trzecia edycja, początkowo kameralnej, lokalnej imprezy na orientację i od razu trafiam na tłumy uczestników. W tak krótkim czasie IT Orient wyrobił sobie markę należną dobrze zorganizowanej imprezie. Dołączenie do Pucharu Bikeorientu tylko wzmogło zainteresowanie rajdem. Ma to i swoje dobre strony. Chociaż nie mam szans powalczyć o czołowe lokaty, to spotkam tu wielu znajomych z całej Polski. Ze względu na napięty zwykle kalendarz, będzie to mój pierwszy start w IT.

Brawurowo poprowadzona odprawa i na kilka minut przed startem każdy trzyma w dłoni mapę. Przy pomocy zakreślacza staram się błyskawicznie połączyć wszystkie punkty na mapie, tak by wyznaczyć najkrótszą trasę potrzebną do zdobycia kompletu 22 punktów. Papier przyjmie wszystko. Dopiero w czasie jazdy i po przyjrzeniu się bliżej mapie wychodzą różne niuanse. Wiele punktów można zaliczać tylko z jednej, ściśle określonej strony. Przejazd pomiędzy innymi, blisko położonymi punktami jest niemożliwy lub obarczony sporym ryzykiem zboczenia z trasy - warto korzystać z dłuższych objazdów.

Start: 10:00. Mam już wykreślony zarys trasy, więc bez zbędnej zwłoki ruszam do przodu. Równa asfaltowa droga prowadzi mnie prosto na północ. Gonię jadącego przede mną Krystiana. Skręcamy w gruntową drogę. Ta wkrótce kończy się w polu. To dojazd do stojącej na rekreacyjnej działce szopy. Prowadzimy rowery wąskim pasem pomiędzy ogrodzeniem a rosnącym tuż obok zbożem. Gość zza siatki energicznie próbuje zniechęcić nas do tego przejścia. Może ma i rację ale my i tak nie mamy innego wyjścia i ochoty by zawrócić.

Kiedy nie może nas już zobaczyć, bierzemy rowery na plecy i przeprawiamy się na drugą stronę pola, gdzie widać jadących zawodników. Chociaż wystartowali kilka minut później punkt zaliczają przed nami. Kiedy już jesteśmy przy punkcie trzeba chwilę odstać w kolejce do perforatora. PK12 - na klifie (10:19 - 19 min.).

Krzysiek, Jarek, Adam i wielu innych znanych i nieznanych zawodników było tu przede mną. Ostrożny zjazd nierówną, gliniastą w więc śliską po obfitych opadach drogą wzdłuż jeziora. Na asfalcie próbuję odrabiać straty do widocznych z przodu zawodników. Orientacja schodzi na drugi plan. Mojego zaniepokojenia nie wzbudza fakt, że za którymś zakrętem jadących z przodu zawodników już nie widać - pewnie pojechali szybciej. Skręcam w asfaltową drogę - to powinno być tu. Nazwa miejscowości Borki Drużbińskie wszystko wyjaśnia. W pośpiechu wyleciałem poza mapę chociaż powinienem skręcić ze 2 km wcześniej. Z przeciwnej strony, a więc po zaliczeniu punktu jedzie wielu uczestników zawodów. Przed punktem robi się naprawdę tłoczno. Mijam zawodników którzy pozostawili rowery przy drodze i pieszo pokonują ostatnie kilkaset metrów. Tu kolejka jest już znacznie dłuższa. Niektórzy dziurkują nawet po 5 kart. PK11 - skraj polany (10:48 - 29).

Dwie wtopy na dwóch pierwszych punktach to stanowczo nienajlepszy początek zawodów. Na więcej błędów nie mogę sobie pozwolić. Skupiam się na uważnej jeździe. I tak nie mam już kogo ścigać. Najlepsi są już daleko z przodu lub wybrali inną kolejność zaliczania punktów. Kontroluję każdy zakręt, każdą mijaną drogę. Próbuję panować nad pokonywaną odległością. Dojazd do punkt nie pozostawia wątpliwości. Drogą wzdłuż łąk. Później skrótem przez łąkę śladami poprzedników. PK13 - drzewo nad strumykiem (11:06 - 18).



Ruszam za opuszczającą punkt dziewczyną. Przed dojazdem do kolejnego punktu to ja prowadzę i to ja muszę odnaleźć właściwą drogę przez las. Wszystko się zgadza z mapą, tylko dlaczego sobie ubzdurałem, że drzewo ma być nad strumieniem? Strumienia nie ma ale wiem gdzie jestem a po lewej stronie leśnej drogi mam pagórek. Drzewa na szczycie nie muszę szukać gdyż są tam już dwaj inni zawodnicy. Zaraz!!! Czy na dębie rosną szyszki? Zamiast dębu jest sosna z gęstymi, szeroko rozpościerającymi się gałęziami. Dąb czy nie dąb - to bez znaczenia. Innego lampionu na tym szczycie na pewno nie ma. PK4 - dąb na szczycie (11:19 - 13).

Do leśniczówki z bufetem i zadaniem specjalnym prowadzi prosta polna droga. Jakoś nie mam ochoty sprawdzać czy jest piaszczysta i słabo przejezdna. Wybieram asfaltowy objazd przez centrum Zadzimia. Jeszcze drogą przez las wzdłuż linii doprowadzającej prąd do leśniczówki i jestem na miejscu. Sympatyczna obsługa punktu oferuje jedzenie i picie. Uzupełniam bidon, zjadam ciasto. Z owoców skorzystam po zaliczeniu punktu.

Chociaż na odprawie dowiaduję się na czym mam polegać zadanie specjalne, po przeczytaniu informacji (azymut 315, odległość 450 metrów) czuję się bezradny. Zdaję się na orientację napotkanej przy bufecie dwójki uczestników rajdu. Wyznaczają coś przy pomocy kompasu. Ruszamy leśną zarastającą krzakami drogą, prowadzimy rowery. Kierunek nie bardzo się zgadza z położeniem punktu. Trafiamy na skraj lasu.

Z kierunku w którym się poruszaliśmy wynika, że punkt powinien znajdować się nieco bliżej leśniczówki i bardziej na zachód. Wracamy prowadząc rowery przez las. Liczę na to, że przejrzystym lesie uda mi się wypatrzeć kolorowy lampion z oddali. Przeczesuję wzrokiem las w spodziewanym kierunku. Szczęście a raczej wzrok mnie nie zawodzi. Blisko 100 metrów dalej przez chwilę miga mi charakterystyczny pomarańczowy kolor lampionu. PK1 - leśniczówka (zadanie specjalne - punkt na azymut) (11:45 - 26).

Pierwsze podczas moich startów w maratonach na orientację takie zadanie specjalne zaskakuje mnie. Teraz wiem, że trzeba było do tego podejść zupełnie inaczej. Na podstawie otrzymanych danych narysować położenie punktu na mapie i dopiero rozpocząć poszukiwania. Tym bardziej, że punkt wg informacji udzielonej przez budowniczego nie znajdował się w środku lasu ale przy dróżce czy nawet skrzyżowaniu dróg. Pójście "na pałę" czyli na azymut mogło się sprawdzić jedynie w przypadku piechurów.

Przypadkowymi drogami zdążam w kierunku asfaltowej drogi. Chociaż na samą myśl o chłodnych, soczystych owocach leci mi ślinka, powrót do leśniczówki nie ma teraz większego sensu. Najbliższym celem będzie jeden z punktów, do których dostać się można jedynie od jednej (w tym przypadku północnej) strony. Wg mapy od przeciwnej strony punkt otoczony jest podmokłymi łąkami/bagnami. Słońce przygrzewa coraz mocniej. Jazdę utrudniają sypkie, pomimo wcześniejszych opadów piaski. Mijam wolniej jadących zawodników. Koniec ścieżki? Traktuję ten opis zbyt dosłownie. Zatrzymuję się po kilkudziesięciu metrach nie widząc odciśniętych w soczystej trawie śladów rowerowych kół. Zawracam i ponownie dzisiaj stoję w krótkiej tym razem kolejce do perforatora. PK17 - koniec ścieżki (12:05 - 20).

Przede mną, chyba najdłuższy, "pusty" przebieg pomiędzy punktami. Wracam po punkt umieszczony na wschodnim skraju mapy. Jedyny plus tej jazdy, to dobra asfaltowa droga. Odmierzam odległość, skręcam w leśną drużkę prowadzącą w kierunku rzeki. Tu już nie jestem tak uważny. Zjeżdżam w pierwszą "niby drogę" nad rzekę. Rozglądam się - to nie jest odpowiednie miejsce. W kierunku każdej używanej kładki powinna prowadzić co najmniej dobrze wydeptana ścieżka ale tej nie ma. Nieco dalej na skrzyżowaniu leśnych dróg spotykam rodzinkę (ojca i syna) też szukają punktu. Dochodząca skosem leśna droga - wiem gdzie jestem.

Linijka i licznik powinny rozwiązać problem nieistniejącej ścieżki do kładki. W odmierzonej odległości pozostawiam rower i ruszam na poszukiwania. O!!!! Są nawet jakieś przedeptane dzisiaj ślady. Docieram do drewnianej ambony na skraju lasu i łąki. Tu ślady się kończą. Konsternacja. Kładki ani ścieżki do kładki nie ma. Przede mną przewyższająca mnie wysokością ściana pokrzyw. Z nutką nadziei spoglądam na ambonę. Może budowniczy ponownie pomylił opisy punktów. Kilka szczebli do góry rozwiewa moją nadzieję. Na ambonie lampionu nie ma. Wchodzę jeszcze wyżej - może ze szczytu budowli dostrzegę kładkę? Spoglądam w jedną stronę, w drugą stronę bez skutku. Spoglądam w dół. Z pomiędzy pokrzyw prześwituje cienka drewniana żerdź. Jak się okaże poręcz równie "solidnej" podstawy. Bingo!

Podnoszę ręce do góry (co nie chroni je przed oparzeniami) i delikatnie, by nie pozostawić śladów i nie psuć zabawy kolejnym zawodnikom pokonuję kilka metrów dzielących mnie od kładki. Na środku chybotliwej 2-elemetowej konstrukcji znajduje się lampion. PK5 - kładka (12:38 - 33). Jestem zauroczony umiejscowieniem punktu. Na trasie spotkam wiele innych interesujących punktów. Ten, to dla mnie, zdecydowanie "Number One" dzisiejszych zawodów.

Kontynuuję moją asfaltową odyseję. Zamiast pakować się w słabo rozpoznawalne na mapie tereny. Zastanawiać się w jaki sposób pokonać oddzielającą mnie od punktu strumyk/rzekę. Wybieram dłuższy objazd asfaltami. Teraz wystarczy na chwilę skręcić w gruntową drogę by na łące odnaleźć widoczną z daleka ambonę. W poprzek łąki prowadzą wyraźne koleiny. PK2 - ambona (13:04 - 26).

Powrót na asfaltową drogę i po chwili ponownie zjeżdżam w las. Przy leśnej drodze tabliczka informująca o wycince drzew i zakazie wejścia. Czy coś może zatrzymać orientalistę w drodze do punktu? Po wycince pozostało już tylko wspomnienie. W oddali trwają jeszcze jakieś prace porządkowe. Kiedy droga kończy się, pieszo docieram nad "strumień". Gdybym decydował się na zdobywanie punktu od przeciwnej strony to określenie byłoby mylące. Zamiast wąskiego cieku wodnego widzę płytką ale szeroką na 3-4 metry rzeczkę. PK9 - brzeg strumienia (13:20 - 16). Opuszczając punkt spotykam nadjeżdżającego z przeciwnej strony Grzesia.

Ponownie krótki i szybki przejazd asfaltem. Szutrowa droga przez las. Kiedy docieram w pobliże punktu, z tyłu nadjeżdżają Adam z Krystianem. Jak dla mnie pewniacy do zwycięstwa. Na pytanie kto mógłby im zagrozić wymieniają napotkanego chwilę wcześniej Grzesia. Do punktu, który spodziewałem się zdobywać pieszo docieram jadąc za mistrzami wąską ścieżką prowadzącą prosto na szczyt. PK8 - szczyt wzniesienia (13:36 - 16).

Jadąc, gorączkowo analizuję położenie kilku kolejnych punktów i ustalam kolejność ich zaliczania. Sprawa nie jest łatwa. Ostatecznie do jazdy na zachód zachęca szutrówka prowadząca niemal w linii prostej do Miedźna i dalej w kierunku punktu PK12. Dopiero w trakcie jazdy zauważam, że w tym wariancie będę miał problem z optymalnym zaliczeniem PK21. Powinienem zrobić to właśnie teraz. Za późno na korektę. Wybiorę inną mniej optymalną i wygodną kolejność.

Zapominam dokładnie się odmierzyć od skraju lasu i zaczynam nieco chaotyczne poszukiwania. Szczęśliwie sosnowy las rzadko porośnięty drzewami nie jest orientacyjnie trudny i jedynie z niewielka stratą czasu udaje mi się wyjść z opresji. Punkt odnajduję na niewielkim, chociaż dość rozległym grzbiecie. Czy była ścieżka? Nie zauważyłem. PK12 - zakręt ścieżki (14:01 - 25).

Punkt nad Wartą już na pierwszy rzut oka na mapę wzbudza mój niepokój. Nie mam najlepszych doświadczeń w poszukiwaniu takich punktów. Obawy zostawiam na później. Przede mną stosunkowo długi dojazd nad rzekę. Mijam Kamionach. Jadę wzdłuż okolonego wałem strumienia. Mijam nadwarciański wał przeciwpowodziowy. Jedyna droga prowadzi przez położone nad rzeką łąki. Czujnie zauważam drogę odchodzącą w kierunku rzeki. Łacha piachu nad rzeką. Odwracam się w kierunku krzaków. Czy jestem w odpowiednim miejscu? Gdzie jest punkt? Po chwili mój wzrok przyzwyczaja się do zieloności i dostrzegam prześwitujący przez liście, schowany głęboko lampion. PK3 - brzeg Warty (14:31 - 30).

Wracam na wał. Jedną z wielu kładek/mostków przedostaję się na drugą stronę strumienia. Kątem oka dostrzegam w oddali kolejnych zawodników. Nie rozpoznaję sylwetek. Mogę tylko przypuszczać, że nadjeżdża Adam z Krystianem po zaliczeniu PK21. Kiepską piaszczystą drogą opuszczam łąki. Za napotkaną asfaltową drogą piachy są jeszcze bardziej upierdliwe. Próbuję jechać trawiastym poboczem. Przez kilkanaście metrów muszę prowadzić rower.

Górka obok skrzyżowania leśnych dróg wydaje się być łatwizną. Wbiegam na wzniesienie by szybko zaliczyć punkt. Rozglądam się. Tu z pewnością lampionu nie ma. Spoglądam z góry na niewielki pagórek kilkadziesiąt metrów dalej. Brawo. Tak punkty rozstawiają tylko najlepsi. Na takie numery dają się nabrać tylko początkujący orientaliści. PK19 - górka (14:49 - 18). Moje wcześniejsze przypuszczenia potwierdzają się. Opuszczając punkt mijam nadjeżdżających faworytów imprezy.

Powrót piaszczystą drogą i długi odcinek asfaltu. Zjeżdżam prosto nad widoczny na mapie zalew Jeziorsko. Konsternację wzbudza widok porośniętej trawą łąki. Przez chwile dociera do mojej świadomości fakt, że jestem w odpowiednim miejscu a porośnięta trawą przestrzeń zalewana jest jedynie przy całkowicie napełnionym zbiorniku. Z tyłu nadjeżdża Adam i Krystian. Jadąc z najlepszymi chwilowo mogę odpuścić sobie nawigację. Wydeptaną w zbożu ścieżką docieramy do potężnego bunkra. Szczelina, którą można się dostać do wnętrza jest niewielka. Po pokonaniu tej przeszkody w środku swobodnie mieści się cała nasza trójka. PK22 - bunkier (15:08 - 19).

Przez cały czas jazdy mam wrażenie, że w rajdzie bierze udział tylko moje ciało. Myślami wybiegam w niedaleką przyszłość czyli na start Maratonu Rowerowego Dookoła Polski. Obecność Adama, który cztery lata temu z doskonałym czasem pokonał dystans 3130 km potęguje to uczucie.

Korzystając z okazji podpinam się pod prowadzącą dwójkę. Oszczędzę sobie potencjalnych problemów z odnalezieniem punktu i zrobię to nieco szybciej. Chociaż jazda z silniejszymi zawodnikami nie jest łatwym zadaniem, udaje mi się utrzymać ich w zasięgu wzroku. Na punkcie jesteśmy niemal jednocześnie. PK14 - zakręt ścieżki (15:23 - 15).

Tu muszę niestety opuścić moich kolegów. Oni mogą kierować się w kierunku punktów w pobliżu mety. Ja muszę wrócić po pozostawiony nieroztropnie PK21. Przypadkowymi drogami docieram do położonej w środku lasu miejscowości. Docieram do asfaltowej drogi. Teraz wystarczy odmierzyć się i skręcić w odpowiednią drogę która doprowadzi prosto na szczyt. Przy panującej temperaturze, po poprzedzających start opadach nie ma żadnego śladu. Leśna droga to prawdziwa piaskownica. PK21 - szczyt wzniesienia (15:43 - 20).

W bidonie powoli kończy się picie. Wiem, że nie dam rady długo wytrzymać bez wody. Muszę na chwilę zboczyć z trasy by w pobliskiej Rossoszycy znaleźć sklep. Dalej może już nie być takiej okazji. Jest sklep i po krótkiej chwili mogę jechać dalej. Mija godzina 16. Do upływu limitu czasu pozostało zaledwie 2 godziny. Do zaliczenia 6 punktów. Jeżeli chcę zaliczyć całą trasę nie mogę pozwolić sobie na żadne błędy, niepotrzebne objazdy i niewłaściwą kolejność zaliczania punktów.

Jadę szutrową drogą, poznaną podczas porannego dojazdu ze stacji PKP do bazy. Do najbliższego punktu od zachodu prowadzi prosta droga. Ja będę go zaliczał od przeciwnej strony. Nie wykazuję odpowiedniej czujności. Pomimo, że wyraźna odciśnięta w trawie przez rowerowe koła ścieżka kończy się i rowerowe ślady powoli znikają pcham się dalej. Po kilku minutach już wiem. Muszę wrócić do punktu wyjścia, punktu w którym te ślady opuściłem. Teraz "rowerową ścieżką" jak po sznurku docieram do celu. PK7 - paśnik (16:22 - 39).

Opuszczam łąki. Łatwy i krótki przejazd do kolejnego punktu. Na gruntowej drodze przez pola dochodzą mnie Krzysiek i Radek. Kolejne 3 punkty będziemy zaliczać razem. Widoczny z daleka wiatrak, chociaż mocno zniszczony nie przypomina mi ruiny. PK15 - ruiny wiatraka (16:36 - 14). Jadąc z narzucającym tempo Krzyśkiem szybko równie szybko zaliczamy PK18 - pod klifem (16:47 - 11).

Równiutki asfalt i upierdliwa, piaszczysta droga przez łąki. Dzielnie trzymam się prowadzących a nawet wyprzedzam ich. Okazuje się, że skręcili w kierunku punktów. Wracam. Moi koledzy jadą na metę ja będę miał do zaliczenia jeszcze 2 punkty. Do zakończenia imprezy pozostało już mniej niż godzina czasu. Będę musiał to zrobić bardzo szybko i bezbłędnie. PK10 (rozświetlenie) (17:10 - 23).

Zamieniam kilka słów z odpoczywającymi na punkcie rowerzystami. Gdy dowiadują się, że brakuje mi 2 punktów na trasie giga i jadę je zaliczyć słyszę "Szacun". Im brakuje 2 punktów na trasie mega i nie zamierzają już nigdzie jechać. No cóż, z mojej strony nie wygląda to wcale tak różowo. Najlepsi zawodnicy są już na mecie, kolejni wkrótce tam dotrą.

Wyjeżdżam na kiepską drogę wzdłuż strumienia. Najkrótszą drogą postaram się dotrzeć na punkt. Pomimo pośpiechu udaje się uniknąć błędu. Tym razem koniec ścieżki w opisie punktu jest końcem ścieżki w terenie. Dalej zaczyna się zwarty las i dalej nie da się już jechać. PK16 - drzewo na końcu ścieżki (17:28 - 18).

Na to by zmieścić się w limicie pozostaje niewiele ponad pół godziny. Nawet nie wiem jakie sankcje grożą za jego przekroczenie. Dużo ważniejsze od zmieszczeniu się w limicie jest odnalezienie wszystkich punktów. Na liczniku zamiast "dystansu" wybieram "zegar". Dlaczego ten czas nagle tak przyśpieszył? Mocniej naciskam na pedały. Twarda szutrowa droga ułatwia jazdę. Jeszcze ostatnie skrzyżowanie i jadę w kierunku celu. Byli tu już chyba wszyscy więc nie muszę szukać właściwej drogi tylko jadę po śladach. Do wnętrza chaty wpadam razem z Aramisami. PK6 - opuszczony dom (17:45 - 17).

Czyż może być coś piękniejszego niż powrót asfaltową drogą na metę. W bazie zawodów jestem na tyle wcześnie, że przed odmeldowaniem sie na mecie mam czas, by przywitać się i zamienić kilka słów z Tomalosem, którego ze startów wyeliminowała kontuzja. Całkiem okazale prezentuje się z nogą w ortopedycznym bucie. Na mecie jestem na 4 minuty przed limitem. Meta 17:56.

Czuję się całkowicie usatysfakcjonowany odnalezieniem wszystkich punktów. W końcu przyjechałem tu dla przyjemności. Czas w jakim to zrobiłem wystarczył na zajęcie 9 miejsca. Dystans? No cóż, zdecydowanie wyróżniłem się najdłuższym pokonanym podczas rajdu dystansem 147,5 km. Do rozważań sportowych nie należy pytanie: co by było gdyby? - gdybym wybrał, tak jak najlepsi zawodnicy trasę o 20 km krótszą? Widocznie do tych najlepszych (jeszcze) nie należę.



Trasa na RideWithGPS


Statystyka trasy:

Dystans: 147,5 km
Przewyższenie: 530 m
Czas trasy: 7 godz. 56 min.
Czas jazdy: 7 godz. 16 min.
Prędkość śr.: 20,29 km/godz.
Prędkość maks.: 38,46 km/godz.
Zaliczone punkty: 22 z 22
Miejsce: 9/35


Krzysztof Wiktorowski (wiki)
e-mail: wiki256@gmail.com


powrót