Życie jest piękne

Maraton Rowerowy Dookoła Polski
Rozewie, 19-29.08.2017 r.

(relacja)

relacje z innych imprez
=> część I - => część II - => część III - => część IV - => część V - => część VI- => Inne fotki


III
4 doba - 22/23 sierpnia 2017 r.

Dalszy ciąg płaskich terenów i dalszy ciąg sprzyjającej jeździe pogody. Mijam najdalej na wschód wysunięty PK10 w Zosinie. Na liczniku kilometrów z przodu pojawia się cyfra "1". Za mną pierwszy tysiąc kilometrów. Zjeżdżam do Hrubieszowa w poszukiwaniu jakiejś rozsądnej jadłodajni. Nic takiego ani tu ani w dalej mijanych miasteczkach nie wpada mi w oko. Kończy się na zapiekance i gorącej herbacie. Tej doby będę musiał zadowolić się suchym prowiantem. Na przyjaznym do tej pory niebie nadciągają się od zachodu ciemne deszczowe chmury.

[2017.08.22 – 17:09 – pada]

Przyśpieszam z niepokojem obserwując rozwój sytuacji. Ciągle mam nadzieję, że uda mi się uciec i ominąć zagrożenie. Niewiele brakuje. Przed Tyszowicami dopada mnie deszcz. Mam szczęście szybko trafiam na miejsce (wiatę), w którym znajduję schronienie. Próba krótkiej drzemki. Konwekcyjne opady tak szybko jak się pojawiły, tak szybko znikają. Jadę dalej.

Przed dojazdem do Tomaszowa Lubelskiego zaczyna się ściemniać. W mieście nieoczekiwanie spotykam innego uczestnika maratonu. Przy bliższym kontakcie w ubranej w kurtkę p-deszcz i foliowy kaptur rozpoznaję Marzenę czyli forumowego Kota. Wygląda na to, że miała mniej ode mnie szczęścia z deszczem. Teraz rozgląda się za jakimkolwiek noclegiem. W tak dużym mieście nie widzę szans na realizację tego zamierzenia. Po chwili rozmowy jadę dalej.

Jest ciemno, wilgotno, ponuro. Może by jednak poszukać noclegu? Próbuję wykorzystać odpowiednią funkcję w moim Etrexie. W noclegach mogę przebierać i to w najbliższej odległości kilku kilometrów czy nawet kilkuset metrów. Opuszczając Tomaszów główną drogą w kierunku granicy mijam jeden po drugim przydrożne hotele. Nie. O takich luksusach nawet nie marzę. Wciskam opcję "inny". Tu jest trochę mniej ofert – 10, 20 km dalej i to nie na trasie. Dziękuję za takie propozycje. Na razie jadę. Później rozejrzę się za "wiatą de lux".

Tomaszów Lubelski to 77 nowa gmina zaliczona podczas tego startu. Jednocześnie to moja 1000-czna gmina zaliczona w ciągu 2 lat (od lutego 2016r). Spis mijanych co 10, 20 czy 30 kilometrów gmin potrafi lepiej zmobilizować do dalszej jazdy od położonych co 50, 100 czy 150 km punktów kontrolnych. Doskonale mobilizuje do jazdy, by osiągnąć kolejny mały cel, by do listy odwiedzonych gmin dopisać każdą kolejną.

W Bełżcu skręcam z oblężonej przez pędzące do granicy w Hrebennem Tiry. Tu ruch jest znacznie mniejszy a asfalt również idealnie gładki. Otaczające drogę lasy kumulują wilgoć potęgującą uczucie chłodu. Pagórkowaty teren Roztocza skuteczniej od późniejszych gór wyssał ze mnie siły i pozbawił chęci do nocnej jazdy. Czas rozejrzeć się spokojnie za odpowiednią wiatą.

Wiata "de lux". Tutaj deszczowa noc w Macharce (2 doba)


Wiaty to temat rzeka. Biorąc pod uwagę, że w czasie niektórych dni korzystałem z ich ochrony wielokrotnie, odwiedziłem ich grubo ponad 20. Pewnie można by o tym napisać osobny (pseudo)naukowy artykuł np. pod tytułem: "Wiaty i ich przydatność dla uczestników ultramaratonów". Drewniane, betonowe pamiętające jeszcze czasy PRL-u i te nowoczesne zbudowane z metalu i szkła. Mogące pomieścić jednego, dwóch lub kilku śpiących rowerzystów. Chroniące tylko przed deszczem albo również przed ciekawskim spojrzeniem przejeżdżających kierowców. Betonowe potworki ale również dopracowane architektonicznie obiekty.

[2017.08.22 – 21:51 – śpię]

Często sytuacja (deszcz, senny kryzys) wymusza zatrzymanie się pod najbliższą wiatą. Innym razem można trochę powybrzydzać i poszukać lepszych warunków do spędzenia nocy. Tym razem nie muszę długo szukać. Jakaś wioska pomiędzy Narolem i Cieszanowem. Drewniana, głęboka, zabudowana z każdej strony budowla. W środku ławka z pojedynczej, dobrze izolująca od dołu, szerokiej deski. To nic, że tuż obok na pełnej prędkości przemykają potężne TIRy. Czwartej nocy taki hałas nie sprawia już na mnie żadnego wrażenia, to brzmi jak "kołysanka" skutecznie tuląca do snu.

[23/08/2017 00:01 – Wiki, w czwartek zmiana pogody, wytrzymaj juz tylko środę! Walcz, nie poddawaj się! Obserwujemy! kibicujemy – Magda]

Pobudka, jak zwykle kiedy tylko zaczyna się lekko przejaśniać. Między Cieszanowem a Lubaczowem mijam 1122 km trasy – najdłuższy dystans jaki do tej pory udało mi się pokonać "non stop". Z każdym kilometrem jazdy będę podwyższał mój dotychczasowy rekord. Czy wyśrubuję go powyżej 3000 km?

Mało intuicyjny a więc uważny przejazd przez Przemyśl. Jestem tu tuż przed godziną 10-tą czyli ponad 20 godzin później niż w przewidywanym przed startem wariancie pesymistycznym. Mijam miasto a przede mną pierwsze podjazdy Pogórza Przemyskiego. Wkrótce kończę 4 dobę jazdy. Ze względu na wcześniejszy nocleg i związany z tym dłuższy sen (prawie 8 h) czas jazdy wyniósł niewiele ponad 13 godzin a pokonany dystans 250 km.


Trasa 4 doby - https://ridewithgps.com/trips/17537906


PK10 Zosin (1003,3 km) - 2017.08.22 – 14:19
PK11 Radymno (1163,4 km) - 2017.08.23 – 08:28

dystans – 248,8 km
czas jazdy – 13:01
średnia – 19,1 km/godz.


5 doba - 23/24 sierpnia 2017 r.

Na początek kolejne wzniesienie na drodze w Bieszczady. Prowadzący przez las podjazd do Arłamowa. Po raz kolejny niebo zasnuwa się chmurami. Pojawia się niegroźna mżawka. Później, zupełnie bez ostrzeżenia zaczyna lać. Chowam się pod jednym z drzew by przeczekać ulewę. Kiedy to zaczyna "przeciekać", zakładam kurkę, ochraniacze na sakwę i worek z ciuchami. Kilkaset metrów dalej spotykam Kota. Chyba z noclegu w Tomaszowie nic nie wyszło i minęła mnie kiedy spałem. Pod kaskiem mamy podobne foliowe kapturki samoróbki z przyciętego odpowiednio worka/reklamówki. Doskonale chronią głowę zarówno przed deszczem jak i porannymi chłodami, praktycznie nie zajmując wcale miejsca po złożeniu. Po kilku minutach zlewa kończy się równie nagle jak się rozpoczęła.

Popołudniowe godziny to dobry czas na poszukanie czegoś gorącego do zjedzenia. Ustrzyki Dolne wydają się dobrym na takie poszukiwania miejscem. Nie są. Kończy się na bezsensownym krążeniu po mieście i niepotrzebnej stracie czasu. Jeszcze wizyta w Biedronce i ruszam w kierunku bardziej konkretnych niż dotychczasowe podjazdów. Na gorący posiłek trzeba będzie poczekać aż do Ustrzyk Górnych. W miejscu nastawionym na obsługę turystów, w obiektach zaspakajających podstawowe ich potrzeby będzie można przebierać.

Powoli pokonuję podjazd, który zawsze, tzn. podczas dwóch startów w BBT, sprawiał mi trudność. Pokonywany na początku trasy GMRDP nie był już tak straszny. Wypatruję charakterystycznego miejsca Gęsi Zakręt z knajpą o tej samej nazwie. Wkrótce podjazd kończy się a ja wiem, że minąłem ten zakręt nie zauważając go. Po raz ostatni mijam Marzenę. Chociaż mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w Ustrzykach to miejscem spotkania będzie dopiero latarnia Rozewie. Dziwię się sobie, że kiedyś ten krótki, łagodny podjazd sprawiał mi problem – odpowiednie przełożenie skutecznie załatwia sprawę. Zatrzymuję się na chwilę by strzelić fotkę położonych po drugiej stronie doliny Bieszczad.


[2017.08.23 – 17:59 – Bieszczady warto było jechać]
[2017.08.23 – 18:02 – Dla widoków zjazdów, tylko po co te podjazdy]

Szybki zjazd do Lutowisk. Teraz przyjemna, przy przebijającym się przez chmury słońcu, jazda doliną Wołosatego. Rozpoznaję znajome a jednak zmieniające się miejsca. Wreszcie jest oczekiwana tablica z nazwą miejscowości Ustrzyki Górne. Mijam jedną, drugą knajpę. Zatrzymuję się przy kolejnej budzie o wdzięcznej nazwie "Karczma u Esculapa". Przypinam rower do drzewa i ruszam na wyżerkę. Dzisiejsze menu to: barszcz z uszkami, placek po bieszczadzku i herbata z cytryną. Namacalna kasa powoli się kończy. Korzystam z takiej możliwości i płacę kartą. Nawet mój przestarzały telefon nie wytrzymuje dłużej niż tydzień. Korzystając z każdej okazji (taką jest ciepły posiłek) przez spędzoną tu chwilę podłączam go do prądu.

Bieszczady cd.


Sprawnie rozprawiam się z posiłkiem i startuję na dalszy odcinek trasy. Słońce szybko obniża się chowając za górami i drzewami. Znane serpentynki wyprowadzają mnie na Przełęcz Wyżniańską. Kolejny podjazd do Brzegów i robi się zupełnie ciemno. W rozświetlonej Wetlinie macha na mnie jakiś gość. Zatrzymuję się by zamienić kilka słów. To również rowerowy maratończyk z Zamościa (lub okolic) a teraz kibic wypoczywający tutaj z rodziną.

Pamiętam o skrzyżowaniu dróg i konieczności zmiany kierunku jazdy w Komańczy. Dwa lata temu, podczas GMRDP nieomal minęliśmy ten zakręt. Lekki senny kryzys. Wybieram mniej wyeksponowaną i oświetloną wiatę na skraju miejscowości. Przez pół godziny drzemię oparty o bagażnik. Pomaga. Przede mną, prowadząca dolinkami wzdłuż pasm Beskidu Niskiego, łagodnie falująca droga. Bezwietrzna i chyba ciepła noc zachęca do jazdy. Równy asfalt, znikomy ruch i dobre oświetlenie pozwala czerpać maksimum przyjemności na szybkich zjazdach. Pomimo zakrętów nie ma obawy kolizji z nadjeżdżającymi z dołu pojazdami. Ich światła byłyby widoczne z daleka. Celem na dzisiejszą noc jest zaliczenie punktu kontrolnego (S13) w Nowym Żmigrodzie.

[2017.08.24 – 02:40 – wykorzystałem bezwietrzny fragment nocy i idę spać]

Teraz można się rozejrzeć za miejscem na nocleg. Przed 3 w nocy nawet nie warto się kłaść. Drzemię w pozycji siedzącej. O świcie budzi mnie chłód i pierwsze promienie słońca. Zapowiada się piękny słoneczny dzień. Do przejeżdżających co pewien czas wielotonowych wywrotek można się przyzwyczaić. Po lewej stronie mijam malownicze w świetle wschodzącego słońca kolejne pasma Beskidu Niskiego.

[2017.09.24 – 8:10 – fantastycznych widoków cd. Do podjazdów też się można przyzwyczaić]

O poranku mijam Gorlice i opuszczam główne drogi krajowe i wojewódzkie. Robi sie spokojnie i przyjemnie. Nazwa Banica nie kojarzy mi się najlepiej. Tu znajduje się krótki ale jeden z najbardziej stromych podjazdów na trasie. Te kilkadziesiąt/kilkaset metrów na pobliski grzbiet nawet nie próbuję pokonać jadąc rowerem. Był podjazd więc będzie i szalony zjazd. Poprzeczna mulda w równym asfalcie niemal wytrąca mi kierownicę z rąk. Jak z takimi przeszkodami radzą sobie szosowe koła. Wygląda, że mój rower nie poniósł większych obrażeń.

Czy lekko bijące na boki przednie koło (urwana szprycha) i mocniej zmasakrowane tylne koło poległo właśnie w tym miejscu? Nie mam pewności, chociaż mogło przyczynić się do później wykrytych zniszczeń. Na metę dojadę z mocno buksującym tylnym kołem. Po powrocie do domu w serwisie wymienią mi całkowicie zniszczone łożysko od strony trybu. Musiałem tak jechać co najmniej kilka dni.

Krótki i stromy podjazd na grzbiet otaczający dolinkę w której położona jest Banica to dopiero początek moich kłopotów. Wkrótce rozpoczyna się o wiele łagodniejszy ale jednocześnie długi podjazd drogą mijającą przełęcz obok szczytu Mizarne. Jazda idzie mi wyjątkowo opornie. Nie wiem czy to skutek długiej nocnej jazdy, podnoszącej się temperatury, chwilowego kryzysu czy ogólnego zmęczenia. Na przemian jadę i prowadzę rower. Na podjeździe mija mnie Krzysiek Naskręt. Spotkamy się jeszcze na podjeździe pod Łapszankę. Później dowiem się, że ruszył na trasę następnego dnia czyli 24 godziny po wszystkich. Właściwie dowiaduję się o tym od samego zainteresowanego ale wtedy nie zwracam na to uwagi.

Zjeżdżam do leżącej w gminie Krynica Zdrój Mochnaczki. Chociaż przez centrum Krynicy nie przejeżdżam, to pokonuję tak znaczny obszar tej gminy, że będzie to 100 nowa gmina zaliczona podczas startu w MRDP. Jeżeli pokonam cały dystans dzielący mnie od mety, ilość zaliczonych gmin może wzrosnąć o kolejne 100.

Mijam Tylicz i jadę w kierunku Muszyny. Mam zaproszenie od znajomego, który opiekuje się bazą namiotową SKPB Łódź Muszyna-Złockie. Trochę szkoda, że nie jestem tu wieczorem. Środek dnia nie jest najlepszą porą na nocleg. Może i dobrze. Miałbym problem czy ten nocleg nie stanowi niedopuszczalnej w kategorii Total Extreme zorganizowanej pomocy z zewnątrz. Zamiast tego funduję sobie drzemkę w pod wiatą w Przewoźniku – być może tą samą w której spałem 2 lata temu podczas GMRDP. Pół godziny to wystarczający czas na odpoczynek i krótką regenerację.

Kiedy mijam Muszynę mija 5 doba jazdy. Dorobek minionych 24 godzin to prawie 300 km podczas 17 godzin jazdy. Dobra jazda sprawia, że nocą wyprzedzam Pawła Milczarka (forumowy Pirzu) oraz Wojtka Łuszcza (Włóczykij)

Trasa 5 doby - https://ridewithgps.com/trips/17537943


PK12 Ustrzyki Górne (1289,8 km) - 2017.08.23 – 17:57
PK13 Nowy Żmigród (1416,6) – 2017.08.24 – 02:16
PK14 Banica (1475,2 km) - 2017.08.24 – 09:05
PK15 Muszyna (1502,9 km) – 2017.08.24 – 12:04

dystans – 296,1 km
czas jazdy – 16:54
średnia – 17,5 km/godz.


część II - 3-4 doba <<==

==>> część IV - 6-7 doba