Życie jest piękne

Maraton Rowerowy Dookoła Polski
Rozewie, 19-29.08.2017 r.

(relacja)

relacje z innych imprez
=> część I - => część II - => część III - => część IV - => część V - => część VI- => Inne fotki


fot. Darecki, Daniel (Cieszyn), Maciej, Michał, Tomek, własne


w relacji dodałem [moje SMS-y z relacji na żywo] [SMS-y znajomych]

I
Najdłuższy, najtrudniejszy, najbardziej ekstremalny, rozgrywany w najtrudniejszych warunkach – te określenia bezbłędnie opisują imprezy organizowane przez Wigora czyli Daniela Śmieję. Dla zatwardziałych szosowców wspomnę tylko krótko o słynnych wśród orientalistów "śmiejowych" maratonach na orientację: GRASSOR i Nocna Masakra. Grassor to najdłuższy 24 godziny maraton o optymalnym dystansie 300 km. Nocna Masakra to tylko 200 km ale impreza rozgrywana jest w najdłuższą przedświąteczną grudniową noc z loteryjnymi warunkami jakie wtedy mogą panować (do wyboru: silny mróz, głęboki śnieg, deszcz i błoto lub gołoledź).

Po licznych startach w moich ulubionych rozgrywanych w terenie imprezach na orientację przyszedł czas na zmierzenie się z szosową ekstremą. Pierwsze podejście do udziału w MRDP w 2013 roku kończy się niepowodzeniem. Pomimo, że jestem wpisany na listę startową, tchórzliwie rezygnuję z udziału w maratonie. (Jeszcze) Nie jestem przygotowany ani psychicznie ani fizycznie do startu w tak wymagającej imprezie.

W czasie tamtej edycji jestem jedynie, śledzącym zmagania na ekranie komputera, kibicem. Kiedy zapada decyzja o organizacji maratonu na górskim fragmencie Maratonu Rowerowego Dookoła Polski czyli Góry MRDP już wiem, że muszę w nim wziąć udział. Wtedy też rozpoczynają się przygotowania do startu w GMRDP, jak się wkrótce okaże również do późniejszego udziału w pokonaniu całej trasy dookoła Polski. W treningach wzrasta ilość pokonywanych rocznie kilometrów i rośnie też długość i ilość pokonywanych jednorazowo dystansów.

Pomimo wcześniejszych obaw, bez problemu pokonuję liczącą 1122 km trasę maratonu prowadzącą przez polskie góry od Przemyśla aż do Świeradowa Zdrój. Pomimo, że większość trasy pokonuję "pod opieką" Mareckiego, daje mi to psychiczną podbudowę do startu w kategorii Total Extreme na MRDP. Pokonanie trasy wzdłuż południowej granicy kraju, w czasie poniżej 4 dni, daje mi też potrzebne do startu kwalifikacje. Są kwalifikacje - można (trzeba!) jechać. W podjęciu decyzji nie sposób tu nie wspomnieć o guru polskich ultramaratończyków Wilku praojcu mojego sukcesu, który już rok wcześniej widział mnie w gronie osób kończących dystans dookoła Polski. Tak ważnego wsparcia psychicznego nie sposób przecenić.

Przez dwa lata dzielące mnie od startu pokonuję kolejne tysiące kilometrów, kolejne 24, 48 godzinne i dłuższe samotne wyjazdy przy okazji zaliczania kolejnych polskich gmin. Poprawiam swoje rekordy miesięczne i roczne. Na starcie imprezy stanę doskonale przygotowany zarówno psychicznie jak i fizycznie. Tak dobrze przygotowany do pokonania ekstremalnie długiego dystansu nie byłem nigdy do tej pory. Czy to pozwoli pokonać dystans ponad 3 tys. km w wyznaczonym przez organizatora 10 dniowym limicie zależy już nie tylko ode mnie.

Wstępne rozważania wskazują na to, że będzie to bardzo trudne zadanie. Jeżeli północno-wschodnią część trasy od Rozewia do Przemyśla pokonam przez 3 dni, jeżeli przejazd przez góry (trasa GMRDP) zajmie mi 5 dni to pozostałe 2 dni nie wystarczą by wrócić na miejsce startu. Możliwości są tylko dwie: albo skrócę czas przejazdu na którymś z wyżej wymienionych (lub obu) odcinkach albo czas pokonania trasy może wydłużyć się nawet do 12 dni.

No to jedziemy


[2017.08.17 – 20:10 – Pakuję się. Niby wszystko wcześniej przetestowane ale ciągle mam wątpliwości czy wszystko będzie naprawdę potrzebne]

Pakuję ograniczony do niezbędnego minimum (przetestowany podczas wcześniejszych wyjazdów) ekwipunek i ruszam na stację, z której będzie odjeżdżał pociąg "nad morze". Cały mieszczący 6 rowerów wieszak jest nasz. Obok 3 zawodników jadących ze Śląska (Wiecho, Góral Nizinny, Byczys) w Łodzi dołącza obok mnie Maciek i Zuzia. Podróż upływa w beztroskiej atmosferze. Być może pokrywamy w ten sposób tkwiące gdzieś głębiej wątpliwości i obawy dotyczące czekającej nas od jutra trasy. Korzystając z okazji, dystans dzielący mnie z Gdyni do bazy w Jastrzębiej Górze pokonuję rowerem zaliczając przy okazji brakującą gminę Kosakowo.


Szóstka szaleńców już w pociągu


Droga jest celem

Wreszcie nadchodzi oczekiwany "od zawsze" dzień startu. Zbliża się południe czyli moment, w którym kilkudziesięciu szaleńców ruszy na trasę prowadzącą wzdłuż granic Polski. Już na kilkadziesiąt minut przed startem uczestnicy zaczynają gromadzić się u stóp latarni Rozewie. To czas poświęcany na ostatnie przygotowania, pamiątkowe zdjęcia i montaż niewielkich pudełeczek dzięki którym rodzina, kibice (i inni zawodnicy) będą mogli śledzić nasze położenie. Mam czas na rozmowy ze znajomymi orientalistami, którzy "przypadkowo" znaleźli się na miejscu startu. Nas biorących udział w maratonie orientalistów (Łukasik, Romek, wiki) żegnają na starcie Paweł Brudło oraz Tomalos z rodzinami. Dzięki za wsparcie!!


Kot, Ricardo, Wilk, Emes


W oczekiwaniu na start



Trochę nas jest


1 doba - 19/20 sierpnia 2017 r.

Montaż urządzeń śledzących i sprawdzenie ich niezawodności przedłuża się, podobnie jak przedstartowa odprawa. Na trasę wyruszamy o godz. 12:10 czyli z 10 minutowym opóźnieniem. Zgodnie z ustaleniami do odległego o 90 km miejsca startu ostrego pojedziemy w kilkunastoosobowych grupkach.

[2017.08.19 – 11:32 – Rozewie. Przez 10 dni wszystko może się zdarzyć nawet to że dojadę do mety]

Cel - wrócić tu za 10 dni


Na dzień dobry całkiem przyzwoita, wyłożona kostką, droga wzdłuż morza. Później równiutki asfalt prosto do Trójmiasta. Tu zaczyna się hardkorowa jazda. Pojawiają się coraz bardziej konkretne korki. Dla mnie pochodzącego z Łodzi – podobno najbardziej zakorkowanego miasta w Polsce, korki niestraszne (inni również radzą sobie doskonale). Miłe urozmaicenie jazdy, gdy jedzie się w takich warunkach przez kilkanaście minut i pokonuje kilka kilometrów. Kiedy przez zakorkowane miasto trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów, przestaje być to zabawne a staje się uciążliwe.

Mijamy stojące w korku samochody w każdy możliwy sposób: z prawej, z lewej. Kiedy można korzystamy z poprowadzonej obok ścieżki rowerowej lub jedziemy chodnikiem. Zatrzymujemy się przed kolejnymi światłami, by po chwili ruszyć dalej. Niektórzy kierowcy życzliwie ułatwiają nam przejazd, inni gdyby mogli zabiliby nas wzrokiem. Sytuacja komplikuje się gdy wjeżdżamy do Gdańska, tu na każdym mijanym skrzyżowaniu spotykamy znak zakazu jazdy rowerem. Wkrada się odrobina niepewności, teraz zdecydowanie nie jesteśmy tu mile widziani. To tylko kwestia czasy gdy nadejdzie to co nieuchronne.

W połowie drogi przez Gdańsk zatrzymuje nas patrol policji na rowerach. Zgodnie z przewidywaniami kończy się na pouczeniu i poleceniu dojazdu wąskim chodnikiem (dlaczego nie jezdnią?) do ścieżki rowerowej. Cóż jak widać wygoda kierowców (a nie pieszych i rowerzystów) jest u nas najważniejsza. Bezpieczeństwo? Trudno mówić o bezpieczeństwie, gdy ścieżka rowerowa wielokrotnie przekracza dwupasmową jezdnię.

W drodze na właściwy brzeg


Przed nami płaskie jak stół Żuławy. W ich połowie czeka na nas przeprawa promowa. Wpadam na chwilę do znajdującego się obok drogi sklepu, by uzupełnić zapas wody (nie wiem czy dalej znajdę inny sklep) i samotnie pędzę do promu. Na prom docieram w ostatniej chwili. Nie wszyscy mają takie szczęście. Przez ponad pół godziny czekamy aż spóźnialscy kolejnym promem dołączą do biwakującej na brzegu większości. Start ostry opóźnia się o ponad pół godziny.


Start ostry

16:37. No to jedziemy. Ponieważ startuję w kategorii Total Extreme nie mam co liczyć na współpracę z innymi zawodnikami. Całą trasę pokonywał będę samotnie. Mocno naciskam pedały. Mijam wielu wolniej jadących zawodników. Bez sensu się podpalam. Jadę tak, jak gdybym na metę miał dotrzeć już dzisiejszego wieczora. Niestety w najlepszym wypadku dotrę tam za 10 dni.

fot. Darecki


Z niecierpliwością wypatruję na horyzoncie, wypiętrzającej się znacznie ponad poziom morza i Żuław, Wysoczyzny Elbląskiej. Gdzieś w oddali pojawiają się zabudowania Elbląga. Miasto będziemy omijali z daleka ale liczę na doping elbląskich rowerzystów. Są!!! Po chwili wymija mnie znajomy "od zawsze" Darecki - legenda kultowego niegdyś maratonu na orientację Harpagan. Przez kilkanaście lat uczestniczyliśmy niemal we wszystkich jego edycjach. Kilka fotek, kilka zamienionych naprędce słów i jadę dalej.


Kilkanaście kilometrów dalej mija mnie Marcin Nalazek (również kiedyś uczestnik rajdów na orientację). Chwila nagranej kamerką rozmowy i rozjeżdżamy się – każdy jedzie swoim tempem. Przede mną wzniesienia, które pokonywałem z trudnością podczas dwóch rozgrywanych w Elblągu edycji Harpagana. Chociaż przygotowuję się na najgorsze, teraz zaskoczony pokonuję je bez trudności. Podjazdy to nie moja bajka więc mija mnie kilku szybciej jadących zawodników. Na zjeździe osiągam trudną do pobicia na dalszej trasie prędkość 62,7 km/godz.

[2017.08.19 – 18:25 – do mety tylko 2999 km]

Południowy start. Obsuwa na promie. Wszystko to sprawia, że po pokonaniu niespełna 180 km zaczyna się ściemniać. Mijam Frombork i zatrzymuję się by zainstalować oświetlenie. Niewiele później prowadząca przez ciemny las droga nieoczekiwanie kończy się. Przede mną widowisko świetlne w postaci pędzących w przeciwnych kierunkach samochodów. To droga szybkiego ruchu w kierunku granicy. Którędy mam jechać dalej? Z kłopotu wybawia mnie nadjeżdżający z tyłu Daniel - "ojciec dyrektor" Maratonu. Skręcamy w niewidoczną w ciemności drogę równoległą do trasy. Ponownie zobaczymy się dopiero gdy będę kończył jazdę pod latarnią Rozewie.

Na trasie pojawiają się migające w ciemności czerwone światełka. Czyżby wypadek? Bliżej pojawiają się znaki ograniczające prędkość i informujące o zwężeniu drogi. Po chwili wszystko się wyjaśnia, to granica obszaru zapowietrzonego. Każdy z pojazdów musi przejechać po nasyconych środkami dezynfekcyjnymi matach. Strażacy pracują tu, dowożąc wodę, niezależnie od pory dnia i nocy. Za dnia spotkam wiele tabliczek informujących na przemian o afrykańskim pomorze świń lub zgnilcu amerykańskim pszczół.

Wkrótce okazuje się, że ambitne plany pokonania pierwszej nocy bez snu stają się nierealne. Kryzys senny uniemożliwia bezpieczną jazdę. Zatrzymuję się pod wiatą na krótką drzemkę. Zwykle taka drzemka pomaga na dłużej. Nie tym razem. Miotam się pomiędzy kilku-, kilkunastominutowymi postojami i jazdą. Dopiero świt odpędza sen na dłużej. Tej nocy mija mnie chyba większość ze startujących zawodników.


Wzdłuż asfaltowej drogi pojawia się i znika ścieżka rowerowa szlaku Green Velo. Pomimo doskonałej jakości asfaltu nie daję się skusić. Poprowadzona po istniejącej rzeźbie pagórkowatego terenu, na przemian wznosi się ponad i opada poniżej drogi generując dodatkowe przewyższenia.

[2017.08.20 – 12:19 – ... Siąpi pada jeszcze nie leje]

Dotychczasowa sprzyjająca uczestnikom pogoda stopniowo pogarsza się. Pomimo, że wcześniej planowałem zboczenie z trasy by dotrzeć do widocznego z drogi Trójstyku granic, rezygnuję z pomysłu dojazdu tam mokrą szutrową drogą. Niewiele kilometrów dalej, przed miejscowością Wiżajny, mija 1 doba jazdy. Znajduję się w najbardziej na północ wysuniętym wschodnim fragmentem trasy. Pomimo sennego kryzysu udaje mi się jechać przez niemal 19 godzin i pokonać w tym czasie 426 km.

Trasa 1 doby - https://ridewithgps.com/trips/17537808


PK1 Prom Świbno (89,4 km) – 2017.08.19 – 15:56
PK2 Gronowo (189,1 km) – 2017.08.19 – 20:33
PK3 Sępopol (275,7 km) – 2017.08.20 – 00:50
PK4 Gołdap (381,9 km) – 2017.08.20 – 08:56

dystans - 426,7 km
czas jazdy – 18:58
średnia – 22,5 km/godz.


==>> część II - 2-3 doba