Dlaczego tak krótko?

OrientAkcja ed.7, Zalew Batorówka, 6.05.2017 r.

(relacja)
relacje z innych imprez
powrót

fot. Renata (orientakcja.pl)


Tym razem bez wstępu i zbytecznego chwalenia organizatorów. Jeżeli po raz kolejny wracam na trasę tego rajdu, jeżeli na każdej edycji pojawia się coraz więcej uczestników, jest to najlepszą opinią o imprezie, która pojawiła się zaledwie 3 lata temu.

Podczas odprawy organizatorzy "straszą" podmokłymi miejscami na trasie, punktami do których trudno będzie dotrzeć w suchych butach, ulewą jaka przeszła nad okolicą minionego wieczora. Dla wielu uczestników może to być szok. Dla tych, którzy choć raz startowali w Dymnie - innym maratonie na orientację, mokra trasa z pewnością nie będzie zaskoczeniem.


START - godz. 10:07. Mapy rozdane. Szybkie rozplanowanie kolejności zaliczania wszystkich punktów kontrolnych chyba nie było trudne. Mnie nie sprawia większych problemów. W czasie jazdy będzie jeszcze czas na drobne modyfikacje. Kilkanaście sekund po sygnale startu wyruszam na trasę. Na początek bardzo ostrożna jazda. Czas by wczuć się w nietypową dla imprezy na orientację skalę mapy 1:60000. Kiedy mam wątpliwości zatrzymuję się i odmierzam odległość. Skręcam w boczną pnącą się łagodnie w górę drogę. Przez las jadę już piaszczystą drogą. Po utwardzonych piachach nawet na cienkich oponach da się przejechać. Zasługi wczorajszej ulewy są tu bezsporne. Nieoczekiwanie poszukiwanie punktu przedłuża się - początkowo szukam zbyt blisko drogi. Wreszcie widzę właściwe drzewa. Umieszczony na nich lampion widoczny jest już z daleka. PK21 Obniżenie terenu - dwie brzozy (10:25).

Przyglądając się mapie dostrzegam konieczność zmiany. PK6 koniecznie trzeba zaliczyć właśnie teraz już na początku rajdu. Zjazd gruntowymi drogami w dół. Kawałek brukowanej drogi i w kolejnym lasku rzucam się na poszukiwanie lampionu. Powtórka z rozrywki. Tym razem szukam o wiele za daleko. Nadjeżdżający właśnie Michał bez wahania trafia na odpowiednie zagłębienie PK6 Dołek (10:35).

Jadę dalej typowymi drogami przez pola, używanymi sporadycznie przez miejscowych rolników jako dojazd do tychże pól. Pilnuję, by nie przegapić odpowiedniej drogi na północ. Kiedy zjeżdżam już w kierunku położonej poniżej miejscowości zaskakuje mnie odchodząca w prawo utwardzona droga. Chwila konsternacji - takiej drogi nie ma na mojej mapie. Mam za swoje, zawsze narzekałem na zbyt aktualne mapy Bikeorientu. Dzisiaj tej aktualności, kilka razy zabraknie. Kiedy odnajdę swoje miejsce na mapie i w terenie, dojazd do punktu nie stanowi problemu. Jedna grupa rowerzystów czeka przy drodze odchodzącej w kierunku punktu, inna na samym skraju cmentarza. Pomimo wczesnej pory widoczne są ślady wydeptane przez poprzedników w zarośniętym krzakami terenie istniejącego tu ewangelickiego cmentarza. Jednego z wielu na tym obszarze. PK9 Dawny cmentarz (10:53). Wydaje się, że w optymalnym wariancie trzy zaliczone do tej pory punkty powinienem zaliczać w nieco odmiennej kolejności, zaczynając właśnie od PK9.

Odnalezienie kolejnego punktu wydaje się być łatwą sprawą (górka obok przecinki). Skręcam w widoczną na mapie przecinkę. Przed widocznym skrzyżowaniem leśnych dróg pozostawiam rower i pieszo ruszam na poszukiwania. Razem ze mną po lesie biega jedna z uczestniczek zawodów. Pomimo, że przeszukiwane miejsce górki nie przypomina spędzamy tu trochę czasu. Wreszcie nie ma wątpliwości - tu na pewno punktu nie ma. Wracam do roweru. Trochę zbyt późno spoglądam na licznik. Jesteśmy zdecydowanie za blisko. Problem w tym, że droga/przecinka na wprost kończy się. Chyba za bardzo uwierzyłem w to, że mapa w okolicy punktu powinna być zaktualizowana. Omijam bokiem ogrodzony fragment lasu. Ruszam w ślady widocznego w oddali Marcina Krasuskiego, który wyraźnie nie przejmuje się, że żadnej drogi przez las nie widać. Prowadzę rower, przenoszę przez leżące gałęzie, rozpostarte na ziemi pędy jeżyn. Wkrótce mogę odhaczyć PK13 Górka (11:10) (tu naprawdę jest górka). Wkładu Marcina w fakt zaliczenia przeze mnie tego punktu nie sposób pominąć.

Po chwili opuszczam las i jadę doskonale znaną szutrową drogą. Tędy wiedzie moja ulubiona 100 km terenowo-szosowa pętla koło Łodzi. Zwykle pokonuję ją kilka razy w roku, szczególnie gdy nie mam koncepcji na wymyślanie innej trasy. Zjeżdżam w kierunku istniejących tu jeszcze niedawno nieużywanych torów kolejowych. Jazda po niewyrównanym terenie po torach nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych. Przy punkcie spotykam kolejnych orientalistów, więc nie muszę się nawet rozglądać za lampionem PK5 Skrzyżowanie przecinki i dawnej linii kolejowej (11:27).

Teren przez który mam przejechać by dotrzeć do położonego niedaleko punktu bardzo mi się nie podoba. Pomimo tego, zamiast zawrócić, ambitnie jadę po torach aż do bram jednostki wojskowej licząc na widoczną na skraju obszaru zakazanego przecinkę. Tylko gdzie ona jest. Jadąc tu nawet nie spojrzałem na licznik. Przedzieram się przez las. Jadę jakąś nierozpoznawalną przez mnie leśną dróżką. Docieram do lepszej drogi przez las i okazuje się, że nie mam najmniejszego pojęcia gdzie jestem (znowu nie sprawdziłem pokonanej przez las odległości).

Jadę do stojącego w oddali na skrzyżowaniu dróg zawodnika - On pewnie wie - Nie, jednak nie wie. Nadjeżdża kolejny zawodnik. Dopiero z bliska rozpoznaję Grzesia. Skoro szuka tego samego punktu i wie gdzie jesteśmy, ja już nie muszę tego wiedzieć. Szybciej będzie gdy pojedziemy za przewodnikiem. Plątanina leśnych dróżek, z którymi prowadzący doskonale sobie radzi. Kilka przewróconych drzew. Mimo, że podobno jesteśmy na miejscu, po - jak by nie było - dużym, bo formatu A4 lampionie nie ma nawet śladu. Idę kilka metrów dalej, odwracam się - jest. Przymocowany do korzeni przewróconego drzewa. PK22 Wykrot (11:47).

Wyjazd do znajdującej się w pobliżu asfaltowej drogi. Wjeżdżam na teren wojskowych koszarów i głupieję. Przecież tego nie ma na mapie. Gdzie ja właściwie jestem? Nadjeżdżający z tyłu Grześ przywraca mnie do rzeczywistości. Jesteśmy na drodze, którą powinniśmy jechać. Widoczne obok budynki to tylko nieistotny dla nas szczegół. Asfaltowa droga. Tu nie warto szukać jakiegokolwiek skrótu. Jedziemy do zaznaczonej na mapie podwójną linią szutrówki. Ostatecznie skręcamy chwilę wcześniej. Trafiamy na nieprzejezdny, zatarasowany drzewami odcinek. Jak dojechaliśmy do widocznego na mapie rozwidlenia dawnych torów nie pytajcie, ja byłem tylko pasażerem w tym pociągu. Duży kamień widoczny jest już z oddali. PK10 Przy kamieniu (12:10).

Najpewniejszym sposobem opuszczenia lasu jest wg mnie jazda po drodze poprowadzonej śladem rozebranej linii kolejowej. Grześ ma inną koncepcję. Chyba jeszcze nie odzyskałem wiary we własne umiejętności. Jadę dalej za przewodnikiem. Chwila niepewności po wyjeździe z lasu. Mijamy Budziszewice i leśną ścieżką dydaktyczną wjeżdżamy prosto nad leśne jeziorko. PK7 Pochylone drzewo na cyplu (12:29).

Od drogi prowadzącej prosto w kierunku punktu, oddziela nas wąski pas wody. Objeżdżać? Takie numery nie z moim partnerem. Przecież z tego co pamiętam regulamin Orientakcji nie zabrania pokonywania jezior wpław. W kierunku wody prowadzą ślady przechodzącej na drugą stronę drogi. Latem ten fragment "jeziorka" musiał być suchy. Tu nie może być zbyt głęboko i miękko. Bez wahania ruszam do przodu. Jest nieco głębiej niż przypuszczałem. Wkrótce woda moczy nogawki podwiniętych do kolan spodni. Teraz za późno by się wycofać - jestem prawie w połowie 10 metrowego przesmyku. W innym miejscu przeszkodę pokonują Radek z Grzesiem. Po chwili jedziemy dalej szutrową drogą.

Na odchodzącej w bok leśnej drodze prowadzącej w kierunku punktu jest już sporo zawodników. Jest mokro, bardzo mokro, błotniście, cała leśna droga pokryta jest wodą. Po sforsowaniu jeziora, dzisiaj nie muszę się już martwić faktem, że zamoczę buty. Pierwszy stawiam rower koło drzewa i biegnę do punktu. Nieco dalej rower pozostawia Grześ, jeszcze dalej dociera Radek. Najwięcej samozaparcia wykazuje Grzegorz Grabowski, który rowerem dociera nad samą rzeczkę. Czy się opłacało? Biegnąc, na punkcie jestem nieco wcześniej. PK24 Zakręt cieku (12:41).

Powrotny bieg tą samą podmokła drogą. Pędy jeżyn chwytają mnie za nogi, próbując powalić w soczyste błotko. Na nogach pozostają krwawe szramy. Wkrótce zamieniam szutrową drogę na asfalt. Jadę w kierunku niewielkiego lasu, skręcam w dróżkę prowadząca przez ten las. Odległość niby się zgadza ale tu żadnego dołu, dołku czy wyrobiska po prostu nie ma. Jeszcze jedno spojrzenie na mapę. No tak, jestem o 1 milimetr na mapie czyli kilkadziesiąt metrów w terenie za blisko. To nic, las jest na tyle rzadki, że po chwili jestem obok zarastającego lasem wyrobiska. Jest tu już kilka osób. Jadący przede mną Grzegorz, z uporem starający się wszędzie dojechać rowerem, przewraca się na plecy prosto w jeżyny. W najniższym miejscu wyrobiska odnajdujemy drzewo i lampion PK17 Dół (13:00).

Czas by przeskoczyć do kolejnej grupy punktów. Chociaż budowniczy trasy robi wszystko by pozbawić nas tej przyjemności, czeka mnie chwila odpoczynku na asfaltowej drodze. Punkty kontrolne ułożone są w taki sposób, by nawet w tak zurbanizowanym terenie jazdę asfaltami ograniczyć do minimum. Wreszcie wjeżdżam w las. Sprawdzam stan licznika, jednak szkoda mi czasu by odmierzyć odległość na mapie. Tym razem nie będzie to potrzebne. Mogiła jest dobrze widoczna z leśnej drogi. Wcześniej niż mogiłę widzę Grzesia. Jak on dotarł tu przede mną? Chociaż lampion ukryty jest za drzewem doskonale widać pasek taśmy którą przymocowany jest do drzewa. PK3 Mogiła - Drzewo ok. 15 m. na północ (13:24).

Czas jechać dalej. Gdzieś w drodze do punktu znowu jedziemy razem. Dojazd do samego punktu jest niemożliwy. Tym razem nie ze względu na wodę i błoto ale leżące gałęzie, więc ostatni odcinek pokonujemy pieszo. PK14 Brzeg bagna (13:40). Opis punktu jest zniechęcający, więc rezygnujemy z najkrótszej drogi przez przepływający nieco dalej strumyk Gać. Wycofujemy się drogą, którą tu przyjechaliśmy. Zawodnicy, którzy zdecydowali się na skrót poniżej bobrzej tamy, przeszli nie mocząc nawet butów.

Niepokoi mnie widok jeziorka przy kolejnym punkcie. Wyobrażam sobie, że jest to jakiś dziki zarośnięty drzewami zbiornik wodny. Z której strony wpływającej do niego rzeczki znajduje się punkt? Z której strony najlepiej go zaliczyć? Na miejscu okazuje się, że jest to całkiem cywilizowane miejsce odpoczynku mieszkańców pobliskich i dalszych miejscowości. Nad strumykiem jest nawet całkiem porządna kładka, więc punkt dostępny jest z każdej możliwej strony. PK12 Kępa drzew na strumieniem (13:55).

Chwilę kręcę się bez sensu. Wreszcie ruszam najkrótszą drogą prowadzącą w kierunku punktu. Odmierzam się dokładnie (niezbyt dokładnie). Skręcam w jedną z dróżek przez las. Kiedy nie można już jechać, pieszo ruszam na poszukiwania. Wraz z kilkoma bikerami przeszukujemy las (nie ten fragment lasu). Zniechęcony wracam do pozostawionego roweru. Zawodnik, który w międzyczasie dojechał w to miejsce, dostrzega w zarośniętym lesie punkt odległy o ponad 50 m. Ja zobaczę go dopiero gdy będę na miejscu. Czy był tam słupek triangulacyjny jakoś nie zwróciłem uwagi. PK19 Drzewo przy punkcie triangulacyjnym (14:15). Kilka leśnych dróg, kilka zarastających i zarośniętych zupełnie przecinek, odległych od siebie o kilkadziesiąt metrów, a wśród nich ta jedna przy której organizator powiesił lampion. To nie był łatwy do odnalezienia punkt.

Czas na punkt, który moi koledzy zaliczyli na początku rajdu (nie wybrali optymalnej kolejności). Przejazd przez Żelechlinek. Ooops!! Chyba przestrzeliłem odpowiednią polną drogę. Zawracam. Mozolne wspinanie się pod górę. No dobrze, po tak nierównej porośniętej trawą drodze nie da się wjechać. To nieliczne momenty kiedy prowadzę rower. PK16 Brzoza na skraju lasu (14:32).

Trochę główkowania w jakiej kolejności i w jaki sposób zaliczać pozostałe punkty. Początek jest oczywisty. Kolejne dwa punkty leżą w niedużej odległości od tej samej asfaltowej drogi. Wystarczy skręcić w odpowiednią gruntową drogę i po śladach dotrzeć do punktu. Słowa "odpowiednia droga" jest tu najważniejsze. Zawracam na asfaltowej drodze, widząc skręcającą w las grupę zawodników. To kolejny przestrzelony zjazd, tym razem zaledwie o kilkadziesiąt metrów. PK23 Drzewo nad zboczem doliny (14:49).

Pilnuję się, żeby ponownie nie popełnić tego samego błędu. Dokładnie odmierzam odległość. Skręcam w odpowiednią gruntową drogą a następnie w las. Pomimo, że na niewielkim fragmencie lasu dróżki krzyżują się i rozwidlają w przedziwny sposób, ślady odciśnięte w piasku pewnie prowadzą do celu. PK2 Skrzyżowanie ścieżek (14:59).

Szybka jazda utwardzonymi i asfaltowymi drogami. Mijam nadjeżdżających z przeciwka Ewę i Jarka. Po chwili wspinam się gruntową drogą w kierunku punktu. Tu ślady rozdzielają się, jedni zawodnicy wjeżdżali do wnętrza jaru, inni jechali skrajem pól. To oczywiste, że wybieram płaską trasę. Po kilkudziesięciu metrach wystarczy zostawić rower, zbiec kilka metrów w dół i widoczny z góry punkt zaliczony. PK18 Odnoga jaru (15:11).

Wbrew wcześniejszym planom nie wracam do głównej, biegnącej dolinką drogi. Ta krótsza biegnąca powyżej, chociaż nie jest to zaznaczone na mapie również jest asfaltowa. Będąc zdanym tylko na siebie dokładnie kontroluję mapę. Wjeżdżam w piaszczysty las. Piaszczyste drogi podczas imprez na orientację mają jedną niepodważalną zaletę. Nie zawsze są przejezdne, tak jak dzisiaj, ale zawsze pozostają na nich odciśnięte ślady kół wcześniej jadących zawodników. Na punkcie zastaję już Ewę i Jarka, więc za lampionem nie muszę się nawet rozglądać. PK11 Grzbiet wydmy (15:34).

Jedziemy leśną drogą na wschód. Skręcamy na północ. Linię prowadzącą prosto do punktu na północ tylko umownie można nazwać drogą. Są takie fragmenty, że droga znika. Wzdłuż położonego poniżej wąwozu prowadzą tylko odciśnięte w trawie ślady opon. Nie chciałbym pokonywać tego odcinka jako pierwszy. Nie ma co narzekać. Zjeżdżamy prosto do lasu i trafiamy prosto na prowizoryczną ale solidną kładkę nad przepływającym poniżej strumykiem, jest nawet barierka o którą można się przytrzymać. Po drugiej stronie czekają kibice. Dwóch małych chłopaków. Mogą się wykazać wskazując drzewo na którym wisi lampion. PK4 Zakręt rzeczki (15:49).

Pytam się o możliwość przejścia do drogi. Mały przewodnik ostrzega przed groźnym psem i "dla bezpieczeństwa" eskortuje pomiędzy zabudowaniami. Życzliwy właściciel nie sprawia problemu. Wspomina nawet o rowerzyście, który przede mną prosił o wodę. Tylu niespodziewanych gości chyba dawno tu nie było.

Przede mną niewygodny punkt. Nie wiadomo w jakiej kolejności powinno się go zaliczać. Nie wiadomo czy lepiej zaliczać go od południa czy od północy. Krótszy wydaje się wariant północny. Z niechęcią opuszczam asfaltową drogę. Mijam brzeg stawów i zaczynam wspinać się na kolejne dzisiejszego dnia wzniesienie. Mijam zjeżdżającego z góry Rafała. Jeszcze kilkaset metrów przez las i wbiegam na widoczne z daleka niewielkie wzniesienie. PK1 Szczyt wzniesienia (16:07). Teraz to co najprzyjemniejsze czyli szalony zjazd i powrót do asfaltowej drogi. Później od Rafała dowiaduję się, że wariant od południa nie wymagał tak uciążliwego podjazdu.

Dalsza droga prowadzi przez nieprzyjazny las. Na mapie widzę bagienko, kręte drogi, być może nieprzejezdne przecinki. Jechać na skróty czy skorzystać z pewniejszego objazdu. Ambitnie wybieram pierwszą opcję. Mijam Rawkę, największą rzekę w tej okolicy. Skrupulatnie odmierzam odległości, sprawdzam kierunek jazdy. Wszystko się nawet zgadza - do czasu. Kiedy skręcam na zachód, droga zaczyna meandrować, omijać pojawiające się tuż obok pagórki, rozwidlać. Zaczynam żałować, że nie wybrałem dłuższej opcji. Jedyne czego jestem pewien to odległość jaką pokonałem od chwili gdy skręciłem na zachód.



Skrzyżowanie z przechodzącą ukośnie drogą. Jeżeli poprawnie zidentyfikowałem swoje miejsce na mapie jestem uratowany. Jeżeli nie, utknę w tym lesie na dłużej. Powoli (droga zmienia się w nieprzejezdną przecinkę) ale skutecznie docieram do celu. Czuję się jakbym wrócił z dalekiej podróży. Jestem dumny z siebie, gdy dowiaduję się, że w tych lasach pogubił się dużo lepszy ode mnie orientalista. PK8 Jar (16:34).

Teraz pozostaje już tylko powrót na metę. Z pozostałym do zaliczenia w drodze powrotnej punktami nie powinno być problemu. Zachodni fragment kompleksu leśnego w którym szukałem PK8 jest już bardziej przyjazny rowerzystom. Przejezdna droga doprowadza mnie do szutrówki. Najbezpieczniej jest objechać niewielki fragment lasu i dotrzeć do punktu położonego wg mapy na skraju podmokłego terenu od północy.

Skręcam w naznaczoną śladami opon leśną drogę. Po chwili mam powtórkę z sytuacji jaka była z dojazdem do PK24. Droga zalana jest wodą. Nie pozostaje nic innego jak pozostawić rower. Biegnę. Drzewa przerzedzają się. Wody przybywa. Wreszcie rozlewa się, i spływa łąką. Która z widocznych grup drzew jest tą przeze mnie poszukiwaną? Na jednym z drzew po prawej stronie widzę lampion. Jeżeli po prawej (a nie po lewej) oznacza to tylko jedno, skręciłem zbyt wcześnie. Zaznaczoną na mapie drogą można było dotrzeć do punktu "na sucho". PK15 Kępa drzew (16:54). Po powrocie na metę czeka mnie wielokrotne płukanie skarpetek i mycie butów - a były już prawie suche.

Do zaliczenia pozostał ostatni punkt na mojej trasie. Jadę wzdłuż Rawki. Droga poprowadzona na granicy nisko położonych nadrzecznych łęgów i łąk, w dużej części zalana jest wodą. Trzeba nieustannie lawirować pomiędzy wypełniającą każde zagłębienie wodą. Omijać rozlewiska na całej jej szerokości. Szukać płytszych miejsc. Nie jest źle, jak na taką ilość wody, błota jest niewiele. Całość da się przejechać nie zsiadając z roweru. Szutrowa droga powinna dać trochę wytchnienia. Nie daje. Zaczynam się wspinać do położonego na grzbiecie punktu. Wiatr przez pola też chyba nie jest sprzyjający. Z przeciwnej strony nadjeżdża Rafał i zawodnik, którego nie potrafię rozpoznać. Będą przede mną, takiej straty nie jestem już w stanie nadrobić. Nie biorę pod uwagę tego, że tylko dla mnie jest to ostatni punkt.


Jak wygląda zakręt cieku w terenie w jakim się znalazłem. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zobaczę dopiero gdy dojadę do punktu. Do tej pory było tu tyle osób, że wystarczy jechać po doskonale widocznych śladach. Te doprowadzają mnie do drzewa nad skarpą. Rozglądam się za utrwalonym w pamięci opisem. Czyżby rzeka płynęła dołem. Perforując kartę startową spoglądam jeszcze raz na opis. No tak, zakręt cieku to ja zaliczyłem dawno temu. PK20 Brzeg wyrobiska (17:18).

Był podjazd więc będzie i zjazd. Lekki przeciwny wiatr na drodze do bazy nie sprawia na mnie większego wrażenia. Meta (17:36). Przede mną przybyło tu tylko 5 osób. Jedyny komentarz jaki wprost ciśnie mi się na usta po powrocie na metę: Dlaczego tak krótko? (na liczniku mam 110 km).

Statystyka:

Dystans - 110,3 km
Przewyższenie - 775 m
Czas trasy - 7:29
Efektywny czas jazdy - 6:22
Postoje - 1:07 min.
Prędkość średnia - 17,3 km/godz.
Prędkość maksymalna - 41,1 km/godz.
Miejsce 6/49


Wizualizacja przejazdu
(ustawiamy na Real Time:On, najlepiej z włączonym Time Slider i z prędkością 50x)


Łódź, maj 2017 r.

Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 55
e-mail: wiki256@gmail.com


powrót